Feeds:
Wpisy
Komentarze

Michel Ancel znany jest głównie jako ojciec Raymana, jednak w swojej karierze stworzył także parę innych tytułów. W 2003 roku ukazała się niezwykła przygoda nazwana Beyond Good & Evil. Przygody młodej fotoreporterki Jade w świecie zaatakowanym przez rasę obcych nazwanych DomZ. Wojskowe siły Alpha Sections dzielnie walczą z najeźdźcą, w konflikt wmiesza się także ruch oporu, a prawda i prawdziwe intencje wszystkich uczestników opowieści ujawnią się dopiero z czasem.

Bajkowy świat zamieszkują zarówno osobniki ludzkie, jak i antropomorficzne, spotkamy tu choćby mechaników nosorożców, w barze przesiadują kozy i rekiny, a barmanem jest byk. Co więcej, wuj naszej protagonistki, z którym przyjdzie nam przez ponad połowę rozgrywki współpracować, jest… knurem.

Sama gra natomiast łączy w sobie wiele gatunków. Mamy tutaj elementy platformowe i zręcznościowe, minigierki, zagadki logiczne, poruszamy się po w miarę otwartym świecie, w którym znajdziemy parę nieobowiązkowych zadań, możemy nawet wziąć udział w wyścigach poduszkowców. Jest też sporo strzelania, walki, i pstrykania fotek. Mamy nawet motywy skradanki! A wszystko to okraszone bardzo dobrym scenariuszem, utrzymanym momentami w dość mrocznej stylistyce, i nie stroniącym od poruszania ciężkich tematów.

Ten miks gatunkowy spowodował, że sam wydawca nie do końca wiedział, jak grę reklamować, a i gracze czuli się nieco zagubieni. Bajkowa oprawa graficzna nieco kłóciła się z poważniejszym tonem opowieści, a sporo najróżniejszych elementów wpływało na różnorodność rozgrywki, choć żadna z tych składowych nie została wykonana wybitnie.

Podczas premiery gra zebrała bardzo dobre oceny, a i część graczy ją doceniała, jednak okazała się gigantyczna klapą finansową. Planowana jako początek trylogii, nie doczekała się kontynuacji, choć prace na sequelem, a obecnie prequelem podobno cały czas trwają. Mimo w miarę otwartego zakończenia i fajnej scenki po napisach, gra stanowi zamknięta opowieść z którą nawet dzisiaj jak najbardziej warto się zapoznać. Szczególnie, jak ktoś wcześniej nie miał przyjemności obcować z ta niezwykłą grą.

Grafika oczywiście się zestarzała, ale z powodu zastosowania kreskówkowego stylu graficznego, absolutnie nie odrzuca, a niektóre scenki do dzisiaj cieszą oko. Natomiast niezaprzeczalnym atutem jest nieprzeciętna oprawa dźwiękowa, począwszy od doskonale dobranych głosów, po wprost rewelacyjną, i niezwykle zróżnicowaną, ścieżkę muzyczną. Mamy tutaj zarówno wolniejsze kompozycje, jak i odjechane kawałki, który przygrywają nam czy to u mechaników rastafanów, czy podczas wyścigów,czy wreszcie niesamowity kawałek Propaganda przygrywający nam w barze.

Grę obecnie możemy zdobyć z paru źródeł. Na konsole poprzedniej generacji (PS3, rodzina Xboxa) gra ukazała w wersji HD, która cechuje się tylko zwiększoną rozdzielczością. Dużą zaleta wersji konsolowych jest obsługa pada, niestety tytuł cierpi na parę bolączek technicznych, w tym szalejąca kamerę, której skutki są dodatkowo odczuwalne, gdy obsługujemy grę na klawiaturze. Wersja PC uruchamia się w dowolnej rozdzielczości, więc w FullHD prezentuje się nawet lepiej niż na konsolach, niestety są problemy z obsługa pada, a żadnego oficjalnego patcha nie ma. Można kombinować przez dedykowane programiki, ale rożnie to w praktyce się sprawdza. Nasza rodzina edycja pudełkowa posiada polskie napisy, niestety, wersja z GOGa oraz konsolowe już tego udogodnienia są pozbawione. W komplecie z wersją GOGową natomiast dostajemy także ścieżkę dźwiękową, co niezaprzeczalnie jest sporym atutem.

Więc sporym dylematem jest, w którą wersję zagrać. Ja grę ponownie skończyłem na PC grając na klawiaturze, i mimo, że momentami palce mnie bolały, to jednak bez większych problemów grę ukończyłem. I mocno polecam, to nadal świetny tytuł, wart, by się z nim zapoznać. I może w końcu kiedyś doczekamy się kolejnej części umieszczonej w tym zakręconym świecie.

Recenzja 6980 Galaxy Commander

Dzisiaj ponownie gościnnie na blogu Amal i jego najnowsza recenzja wcale nie najnowszego zestawu. Serdecznie zapraszam do wspominek:

 

6980 Galaxy Commander

https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/001.jpg

Rok:1983
Seria: Space Classic
Ilość elementów: 427 Peeron, 443 Brickset
Ilość figurek: 5 kosmonautów (1 czerwony, 2 białych i 2 żółtych)
Wymiary pudełka: 46.5 x 29 x 6.4 cm

Kiedyś sporządziłem sobie taki mój wewnętrzny ranking. Poustawiałem w szeregu wszystkie okręty flagowe całej serii Space (a więc nie tylko Classic). Chciałem wybrać ten najpiękniejszy, najwspanialszy i w ogóle ten naj…naj… biorąc pod uwagę przeróżne kategorie. W tej mojej zabawie Galaxy Commander zawsze plasuje się w pierwszej dwójce.

PUDEŁKO I ZAWARTOŚĆ
Już sam rozmiar pudełka stanowi zapowiedź wspaniałej przygody z legowym kosmosem. Jak na tamte czasy, było ono największe z używanych do zestawów kosmicznych. Mogliśmy przypuszczać, że kryje on masę budulca i tak też jest. Przednie zdjęcie wieka pudełka ukazuje ogromny, niebiesko-biały statek kosmiczny. Jak już zdążymy zachwycić się jego kształtem, to z wewnętrznej strony wieka pudełka poznajemy jego bawialne możliwości, zaś tylna ściana wprost obfituje w zestawy alternatywne.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/6980_box2.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/6980_box3.jpg

Wewnątrz pudełka plastikowa wyściółka porządkuje materiał budowlany w liczbie ponad 400 części, zaś pod nią znajduje się szara płyta lądowiska i oczywiście instrukcja.
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/6980_box1.jpg

Zawartość obfituje w wiele nowych jak na owe czasy elementów i trudno je nawet wszystkie wymienić. Zerkając na inwentaryzację już na samym początku widzimy tą samą – znaną nam antenę, ale aż w trzech, różnych kolorach.
Poszukując rzadkich elementów na pewno warto wymienić niebieski skos 2×3 z logo Space Classic oraz biały skos 8×6 z cztero-studowym wcięciem. Nie można przy tej okazji nie wspomnieć o klockach 1×1 z oczkiem typu 1. W tym zestawie wystąpiły w liczbie aż 30 sztuk! (20 niebieskich i 10 białych) Były one i są świetnym elementem przytrzymującym anteny, a także indywidualnym elementem imitującym jakieś mini-urządzenie.

Miałem cztery lub pięć kompletów tego zestawu. Jeden z nich miał nawet pudełko, lecz trochę nadgryzione zębem czasu i nerwowym traktowaniem poprzednika. Bardzo chciałem mieć ten zestaw w odsłonie kolekcjonerskiej – takiej z dobrze utrzymanym pudełkiem. Po kilku latach polowania udało mi się takie zakupić, oczywiście z zawartością, którą przeznaczyłem na budowę zestawów alternatywnych.

BUDOWA I BAWIALNOŚĆ
Model główny

https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.1.jpg

Podseria której przedstawicielem jest Commander jest pierwszą mocno odcinającą się od wczesno-spejsowej kolorystyki. Tak jak w przypadku 6930 Supply Station, model nie ma wyraźnie dominującego koloru. Umiejętnie przeplatana biel z niebieskim nadaje ton całej podserii, tworząc harmonijny wizerunek całości.
Ze względu na ilość i różnorodność elementów budowa modelu może mniej wprawnym budowniczym sprawiać pewne problemy. Dzięki dokładnej instrukcji budowy, trudno się jednak pomylić. Wystarczy odpowiednie skupienie budowniczego i … model gotowy! Teraz zaczyna się eksploatacja, a możliwości tego modelu są ogromne.
Można Commandera potraktować całościowo, to jest jako dwukabinową jednostkę dowodzenia wyposażoną w moduł przenoszenia niewielkiej stacji.
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.7.jpg
Można odłączyć i pozostawić stację. By to zrobić wystarczy odpiąć bezstudowe płytki 1×2, blokujące mechanizm otwarcia. Otrzymujemy wtedy jednostkę przygotowaną w każdej chwili na podniesienie stacji i szybkie opuszczenie niegościnnego terenu.
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.4.jpg
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.6.jpg

Możemy też zupełnie pozbyć się modułu przytrzymującego stację, wypinając ją z prostej acz bardzo skutecznej blokady.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.3.jpg
Commander traci tym samym swój pokojowo-badawczy charakter, zamieniając się w szybki i zwrotny myśliwiec. Agresywny wygląd nadają mu przednie starannie zaprojektowane działa. Zdaje się, że nie ma z nim żartów…
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.9.jpg

Co do samej stacji – centrum dowodzenia, to tworzy ją jedno prostokątne pomieszczenie wyposażone w komputery z otwieraną zespoloną częścią ścienno-dachową, co zapewnia dobre operowanie figurkami. Świetnym uzupełnieniem jest składana radarowa antena.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.5.jpg

Wokół statku poruszają się dwa pojazdy kołowe, których niewątpliwym atutem jest: po pierwsze fakt wyposażenia ich w bąbelkowe opony, które nadają pojazdom nieco bardziej kosmicznego charakteru, niż stosowane wcześniej, zaś po drugie – że się od siebie mocno różnią. Nic dziwnego, bo różne jest ich przeznaczenie. Ten wyposażony w giętki przewód zapewne uzupełnia paliwo w statku, zaś drugi pełni raczej funkcję patrolową.
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.11.jpg

Nie wolno zapominać o załodze. Jest liczna i różnorodna. Pilot, badacze i inżynierowie w łącznej liczbie pięciu stanowią ekipę wystarczającą do obsługi całego statku.
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.2.jpg
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.12.jpg

Słabe strony? W statku galaktycznego dowodzenia nie ma się do czego przyczepić. Nic nie odpada (To w końcu klocki, ale żeby odpadło trzeba się odrobinę postarać!), nic się nie chwieje ani nie luzuje. Czy zatem jest to zestaw bez wad? No, nie do końca. W założeniu, Commander lądować ma na dołączonym lądowisku wyposażonym w światełka. Niestety ktoś tu nie pomyślał, bo jest ono po prostu za małe. Dołączona jedna płyta lądowiska świetnie sprawdza się przy modelach średnich i małych. Przy kolosie jakim jest niewątpliwie Galaxy Commander, wygląda ona dość groteskowo.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/m1.8.jpg

MODELE ALTERNATYWNE
Tworzyłem je długo, bo od roku 2014. Tak się po prostu złożyło. Niektóre gościły na wystawie w Swarzewie w 2015 roku, ale… rozpłynęły się w gąszczu pozostałych modeli. Postanowiłem, że przedstawię recenzję Commandera dopiero po złożeniu ostatniego modelu alternatywnego, bo … one na to po prostu zasługują.

Model I
Małe zdjęcie w lewym, górnym rogu pudełka ukazuje niezwykle interesujący i okazały model. Dostojny statek kosmiczny w układzie litery „T” lub jak kto woli „Y”, z dwoma kabinami mocno cofniętymi względem przodu. Po bokach kabin zaznaczają się pionowe elementy zwieńczone antenami, co powoduje wyniesienie bryły wzwyż. Mniej więcej w połowie modelu znajduje się zamykana ładownia, która czyni środek statku bardziej przestrzennym. W owej ładowni można wiele zmieścić, bo klocków pozostałych po budowie trochę zostało. Tak wiele, że ja do dnia dzisiejszego nie umieściłem tam nic…
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt5.1.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt5.2.jpg
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt5.3.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt5.6.jpg
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt5.4.jpg

Budowa tego statku, tak jak modelu głównego, należy do średnio skomplikowanych. Oczywistym problemem jest tylko brak instrukcji. Sam model jest moim zdaniem bardzo udany i oryginalny. Poszedł na pierwszy ogień budowy modeli alternatywnych zestawu 6980 i należy do pierwszej dziesiątki moich ulubionych modeli alternatywnych.

Model II
Cześć infrastruktury naziemnej w postaci stacji paliwowej lub raczej stacji doładowania energii. Dobrze wyeksponowana, ukazana w prawym, górnym rogu pudełka, bardzo oryginalna budowla. Całość, szerokości zaledwie dwóch studów, wywindowana wzwyż przez cztery filary, umiejscowiona została z jednego boku planszy imitującej lądowisko. Do tego dwa bliźniacze myśliwce, które starają się odpowiedzieć na pytanie o wygląd „bliźniaków syjamskich” myśliwca zestawu głównego, po ich rozdzieleniu. W ich przypadku płyta lądowiska spełnia swoją rolę. Statki nie wystają w zasadzie ponad lądowisko. Zestaw uzupełniają dwa bliźniacze małe pojazdy kołowe i mamy komplet: Stacja, pojazdy powietrzne oraz kosmiczne quady. Full wypas!
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt1.4.jpg
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt1.5.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt1.3.jpg

Model III
Zdjęcie tej propozycji zestawu alternatywnego dość nietypowo umieszczono na wewnętrznej stronie wieka pudełka. Jest to stacja magazynowania i przetwarzania energii… chyba…
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt.4.1.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt4.2.jpg

W miarę prosta w budowie, lecz moim zdaniem jej potencjał nie został wykorzystany. W każdym razie po jej zbudowaniu aż korci, by ją rozbudować np: przedłużyć ją, dorabiając podłogę i urządzenia, jednakże tak, by dać kosmonautom więcej miejsca na przemieszczanie się oraz kończąc elementem – lustrzanym odbiciem zbudowanej stacji. Do tego jednak potrzeba większej ilości budulca, no i byłby to już raczej MOC. Tył stacji to całkowicie autorski projekt powstały z pozostałości oczywiście. Można go przecież zrobić zupełnie inaczej!
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt4.3.jpg
W tym wypadku stację uzupełniają dwa identyczne latadełka i również bliźniacze quady o przyzwoitym, standardowym wyglądzie.

Model IV
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt3.1.jpg
Długo przyglądałem mu się zanim do niego usiadłem. Przede wszystkim chciałem odgadnąć przeznaczenie tego modelu. Dziwiły mnie np. nieproporcjonalnie maleńkie koła tego cuda – nieprzydatne przy poruszaniu się po terenie nierównym lub skalistym.
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt3.5.jpg

W pewnym momencie olśniło mnie, że przecież obecne samoloty pasażerskie też nie są wyposażane w koła przeznaczone do traktorów! Tak więc po wielu próbach uznałem, iż jest to powietrzny, niskopułapowy pojazd badawczy, lub dostawczy, przewożący załogę w jakieś odległe miejsce pracy, zaś małe koła służą wyłącznie do startu i lądowania. Gdy wreszcie przestało mnie drażnić wysoko osadzone podwozie z małymi kołami, wyobraźnia ruszyła.
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt3.4.jpg
Pojazd ten jest wygodny dla całej ekipy kosmonautów. Jest w nim nawet sporo wolnej przestrzeni.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt3.3.jpg
Wyposażony ponadto został w dwie jednakowe, mniejsze jednostki latające. Można nimi dolecieć tam, gdzie „dostawczak” dolecieć nie może, czyli np. wlecieć w jakąś rozpadlinę, by dokładniej zbadać teren. Owe dwie jednostki to pięta achillesowa tego modelu. Umieszczone, każdy na pojedynczym stojaku, dość nerwowo reagują na niewprawne i lekkie nawet puknięcie. Tył to znów efekt mojej wyobraźni, ale jestem z niego zadowolony. Wykorzystałem skrzynkę i złożone zawiasy, które w moim odczuciu, złożone, świetnie spełniają funkcję ozdobną. Z tyłu trzeba uważać na niebieskie drabinki – złośliwie potrafią odpadać!
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt3.2.jpg
Generalnie jest to kolejny, udany i nietypowy model alternatywny zestawu głównego.

Model V
Podchodziłem do niego wielokrotnie przez wiele… lat. Strasznie nie lubię zdjęć robionych z pokazanej perspektywy. Widać słabo, ale najgorsze jest to, że coś jednak widać, jednak przez długi czas wyobraźnia szwankowała.
Pewnego dnia zbudowałem ją od podstaw w zaledwie czterdzieści minut, zmotywowany zdecydowaną prośbą żony, abym zajął się czymś pożytecznym, no i posprzątał wreszcie po raz kolejny powstały bałagan. Pod wpływem stresu, ogarnięty nagłym lucida intervalla* dokonałem wreszcie niemożliwego!

https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt2.2.jpg
Jest to stacja. Zapewne także magazynująca i przetwarzająca energię. Zdziwiło mnie trochę posadowienie kabin, lecz tym razem ich funkcja jest zgoła inna niż zwykle. Wydaje mi się, że kabiny stanowią w tym modelu detektor czegoś. Może promieniowania? Może wyszukiwania zamkniętych w skałach kryształów energii? Możliwości jest więc całkiem sporo. Po bokach stacji umiejscowione zostały doki dla małych jednostek latających. Również tym razem identycznych. Przy stacji pałętają się dwa bliźniacze pojazdy kołowe, wyposażone w dość oryginalne lampki sygnalizacyjne na końcu anten.
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt2.1.jpg
Uwagę przykuwają także przednie ruchome ramiona wyposażone w czułe kamery. Zdjęcie z pudełka nie oddaje w pełni ich potencjału i funkcjonalności. Starałem się sporo narozrabiać z tyłu stacji, jednak widoczne na zdjęciu skrawki konstrukcji ograniczyły mi pole manewru.
https://i2.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt2.3.jpg
Drobną wadą jest mocowanie stacji do podłoża – tylko przez tylne filary, ale można się przyzwyczaić.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/alt2.2.jpg

Modele VI i VII
Jak widać wrzuciłem je do jednego worka. Nie da się ich jednak wszystkich trzech zbudować z jednego zestawu, ze względu na liczbę kół, czy też liczbę niebieskich anten.
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/s1.jpg
Tak więc model VI to dwa małe kabinowe pojazdy kołowe. Ich budowa opiera się na odwróconej względem kierunku jazdy, skośnej płytce 6×8 z cztero-studowym wcięciem. Budowa nie nastręcza trudności. Pojazd świetnie wygląda, gdy ogląda się go z góry. Niestety od dołu kierowca narażony jest na przewiewy i musi uważać na nerki. Nie ukrywam, że ta maniera konstruktorów, polegająca na zabudowanym od góry kokpicie przy otwartym dole, irytuje mnie najbardziej. Tak czy inaczej pojazdy mogą zauroczyć, a ich bawialność jest duża.
Model VII to trzyosobowy wydłużony quad, którym kosmonauci mogą dojechać na miejsce docelowe, gdy nie chce im się za bardzo chodzić. Model prosty, ale ze względu na ilość miejsc – dość nietypowy. Łatwo zauważyć, że popełniłem oczywiste przestępstwo, umieszczając na przodzie klocek z logo, którego zabrakło na tym, prezentowanym na zdjęciu. Cóż, nie po raz pierwszy poprawiam gapiostwo twórców (np.w LL918).

Podsumowanie: Jest krótkie – w sześciostopniowej skali – sześć! sześć i jeszcze raz sześć!!! (mylę się?)
https://i0.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/g1.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/g3.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/g4.jpg
https://i1.wp.com/www.brickshelf.com/gallery/Amal/6980/g6.jpg

Historia serii LEGO Castle

Oprócz niniejszego bloga, mam też mini blogi poświęcone seriom Adventurers, Pirates czy LEGOwym Potworom, które aktualizowane są w zależności od tego, czy coś w danej tematyce dzieje się na rynku. Swoistą estymą darzę serie Castle i Western, i im także założyłem miniblogi, ale póki co, były praktycznie martwe. Wreszcie coś się ruszyło i pierwsza, mam nadzieję, że nie ostatnia, większa notka ląduje na Castlowym blogu, a przy okazji i tutaj.

Obecna sytuacja na świecie nie nastraja pozytywnie do zakupów czy uzupełniania kolekcji, ale chyba powspominać zawsze warto?

Castle, to jedna z trzech, obok Town i Space, klasycznych serii, które zdobyły serca wielu fanów LEGO. Castle oczywiście tematyką nawiązywało do wieków średniowiecznych, tak więc otrzymaliśmy wiele frakcji rycerskich, odpowiednie uzbrojenie i wyposażenie, balisty, maszyny oblężnicze, zamki, ale także budynki cywilne. Przez lata bytności na rynku seria ewoluowała, z czasem pojawiły się motywy fantastyczne, do wieków średnich zawitały wiedźmy, magowie, smoki i inne niż ludzka rasy.

Serdecznie zapraszam na krótki przegląd zestawów z serii Castle. Ze spraw technicznych: grafiki wykorzystane pochodzą z moich prywatnych zbiorów, z oficjalnych materiałów TLG oraz z serwisu Brickset. Obecnie przygotowane plansze są jeszcze w fazie „beta”, część grafik wymaga poprawek i dopieszczenia, więc być może sam opis będzie jeszcze w przyszłości rozwijany.

Powyższa rozpiska prezentuje wszystkie podserie Castle, z początku określane ze względu na daną frakcję rycerską, w latach późniejszych już oficjalnie nazywane przez TLG. Znalazły się tutaj także serie odpryskowe jak Ninja czy Wikings, jak i serie powiązane w stylu The Lord of the Rings czy Ninjago.

Ogólnie, można zastosować umowny podział:

Pre-Castle
– Weetabix Castle (1970)
– Yellow Castle (1978-1983)

Classic Castle
– Crusaders / Lion Crest (1984-1992)
– Black Falcons / Eagle Crest (1984-1992)
– Forestmen (1987-1990)
– Black Knights (1988-1993)
– Wolfpack (1992-1993)

Smocza Era
– Dragon Masters / Dragon Knights (1993-1996)
– Royal Knights (1995-1996)
– Dark Forest (1996)
– Fright Knights (1997-1998)

Knights Kingdom
– Knights Kingdom (2000)
– Knights Kingdom II (2004-2006)

Castle
– Castle Fantasy Era (2007-2009)
– Kingdoms (2010–2012)
– Castle (2013-2014)

What The F**k?
– Nexo Knights (2016-2018)

Serie odpryskowe
– Ninja (1998-2000)
– Vikings (2005-2006)

Serie powiązane
– The Lord of the Rings (2012-2013)
– The Hobbit (2012-2014)
– Ninjago & The LEGO Ninjago Movie (2011-…)
– Collectable Minifigures

Pokutuje przekonanie, że pierwszym zamkiem LEGO był Yellow Castle, co nie do końca jest jednak prawdą. Już w 1970 roku w ofercie TLG pojawił się zamek wykorzystujący dość spory misz-masz kolorystyczny. Zestaw miał status promocyjnego, co ciekawe, firmy Weetabix, produkującej produkty zbożowe, przez co zestaw ten adekwatnie nosi nazwę Weetabix Castle. Warto od razu zauważyć, że pozbawiony był numerka. O ile sama bryła to oczywiście zamek, to jednak nie znajdziemy tutaj żadnego nawiązania do czasów średniowiecznych. Brak figurek czy współczesna flaga powodują, że zestaw obecnie stanowi jedynie swoistą ciekawostkę.

W roku 1978, czyli wraz z narodzinami minifigurki w takiej postaci, w jakiej do dzisiaj ją znamy, zainaugurowała prawdziwa seria w klimacie średniowiecznym! Otrzymaliśmy, dzisiaj już ikoniczny, żółty zamek, z początku nazwany po prostu Castle, po latach przez fanów przechrzczony na jednoznaczne Yellow Castle. Wraz z minifigurkami pojawiło się sporo nowych elementów, w tym uzbrojenie, hełmy, tarcze. Jednak sami rycerze wtedy zasiadali jeszcze na koniach całkowicie składanych z klocków. Pierwszy zestaw Castle był modelem niezwykle udanym, a jego bryła nadal może cieszyć oko. W ciągu kolejnych lat otrzymaliśmy uzupełniające zestawy z rycerzami, a także przepiękny turniej rycerski, oczywiście ponownie ze składanymi z klocków koniami. Ciekawostką jest zestaw ze sporą gromadą rycerzy i wózkiem który posiada… koła z oponami! Warto także wspomnieć o zestawie 1592 z linii Town, w którym znalazło się paru rycerzy i motyw zamku. Żółtego oczywiście.

1984 rok to swoisty restart serii, przez TLG już oficjalnie nazwanej Castle, z perspektywy lat przechrzczonej przez fanów na Classic Castle. Wraz z restartem pojawiło się sporo nowego wyposażenia, także nowych, wyspecjalizowanych elementów jak choćby panele zamkowe, zastosowane koła wreszcie wyglądały tak jak powinny. Otrzymaliśmy dwie przeciwstawne frakcje rycerskie: Crusaders, znani także jako Lion Crest, posiadali jako symbol postać lwa, natomiast biało-czarny orzeł był symbolem Black Falcons, znanych także jako Eagle Crests. Wśród zestawów pojawiły się oczywiście zamki, i to dwa, po jednym dla każdej z frakcji. Dzięki zastosowaniu zawiasów, zamki można było rozkładać, co znacznie zwiększało ich bawialość. Oprócz tego poszczególne zestawy można było łączyć ze sobą za pomocą Technicowych pinów, tak więc kawałek palisady z zestawu 6061 można było choćby spiąć z warsztatem kowala 6040. Nie zabrakło także małych zestawów z powozami czy rycerzami. Oj, było się czym bawić, a sklecone ze smakiem konstrukcje nadal mogą się podobać i posiadają swoich wiernych fanów.

Kolejny rok przyniósł kontynuacje wojaży, choć niestety otrzymaliśmy zaledwie trzy zestawy, w tym karocę ciągniętą przez aż cztery konie! Ogólnie, w tych latach LEGO nie żałowało ani na figurkach ani na koniach, i dość szybko można było złożyć całkiem sporą armię.

Nieco więcej zestawów przyniósł następny rok, w tym kolejny, bardzo zgrabny zamek, uzupełniony o elementy wykorzystujące motyw muru pruskiego, podobny klocek pojawił się w niezwykle urokliwej karczmie. Także niezwykle dobrze wypadły pozostałe zestawy, jak kram handlarza, powóz wiozący damę, czy mobilna kusza.

W 1987 zadebiutowała nowa nacja, nawiązująca klimatem do legendy o Robin Hoodzie. Forestmeni posiadali zielone przyodzienie, charakterystyczne trójkątne czapki, przyozdobione kolorowymi piórkami, a za siedzibę obrali sobie leśne odstępy. Ich symbolem zdobiącym tarcze był wizerunek głowy jelenia. Co prawda w tym roku otrzymali tylko jeden zestaw, ale ta nacja na szczęście pozostanie w świecie Castle na nieco dłużej. Pozostałe zestawy z tego roku to kawałek muru z maszyną oblężnicza oraz dwie łódki, w tym 6049 z aż pięcioma rycerzami!

W kolejnym roku świat Castle rozszerzył się o kolejną nację: Black Knights, z symbolem smoka na tarczach. Otrzymali także sporych rozmiarów zamek, zbudowany ze sporym udziałem czarnych elementów, co znacznie odróżniało go od wcześniejszych. W serii z nowości warto zauważyć pojawienie się przepięknych kropierzy. Bardzo ładnie wypadał także pojedynek rycerski, otwierane drzewo Forestmenów, a także zgrabny powóz czy prosta, ale urokliwa strażnica.

Rok 1989 przyniósł nam największy zestaw Forestmenów, twierdzę wzniesioną na środku jeziora i ukrytą w pniu drzewa.

Kolejny rok i kolejny zamek, tym razem wzniesiony na wypukłej płycie bazowej, co jednak spowodowało, że mogliśmy zapomnieć już o możliwości rozkładania tego typu konstrukcji. W zamku pojawiła się postać kobieca, u której zamiast nóżek wykorzystano element przypominający kształtem suknię. Pojawił się także pierwszy element fantastyczny: święcący w ciemnościach duch, którego można było znaleźć zarówno w zamku jak i mniejszym zestawie 6034. Dość mocno swoją obecność zaakcentowali Ludzie Lasu, otrzymali dwa zestawy z identycznym powozem (zestawy różniły się jedynie liczbą minifigurek), oraz przepiękny zestaw wzniesiony na unikatowej płytce z nadrukiem rzeczki, w którym dodatkowo znalazła się wyjątkowa figurka Forestwoman. Oprócz tego mieliśmy jeszcze łódkę, kawałek czarnego muru i powóz więzienny. Jak widać, seria cały czas utrzymywała niezwykle wysoki poziom.

W 1992 roku było jeszcze lepiej! Co prawda odeszli Forestmeni, ale zastąpieni zostali całkowicie nową frakcją: Wolfpack, czyli wyjętymi spod prawa bandziorami, których symbolem był wilk. Typy spod ciemnej gwiazdy zdominowały dwa bardzo udane zestawy: niebieski powóz oraz strażnicę. Oprócz tego otrzymaliśmy parę małych zestawów, spory statek z materiałowym żaglem oraz największy zestaw z tego roku: przepiękny, monumentalny zamek, wzniesiony na wypukłej płycie bazowej i bogaty w wiele szczegółów, w tym kasztel z motywem praskiego muru. Także minifigurki otrzymały bardziej zróżnicowane buźki, pojawiły się nadruki wąsów i brody, i to w różnych kolorach.

W tym roku seria wprost wspięła się na wyżyny jakości, i fani z nadzieją spoglądali, co przyniosą kolejne lata. Niestety, były to płonne nadzieje, a właśnie na tym roku można uznać, że Classic Castle dobiegło końca.

W latach 1993-1994 pojawiały się jeszcze motywy z Black Knights i Wolfpack, jednak seria została zdominowana przez całkowicie nowego gracza. Dragon Masters obrali sobie na symbol wizerunek smoka, ale w tym przypadku, miało to jak najbardziej uzasadnienie. Do Castle na poważnie zawitały motywy fantastyczne, pojawił się czarodziej, i to z różdżka, a zwierzyniec powiększył się o całkiem fajne zielone smoki. Jednocześnie diametralnie spadła jakość zestawów, a klockowy świat nawiedziła wkurzająca mania junioryzacji, czyli stosowania przerośniętych gabarytowo elementów. I niestety, w tym przypadku bardzo nieumiejętnie, ot choćby dwa największe zestawy prezentują się wręcz pokracznie, żeby nie nazwać ich brzydkimi. Tak samo strażnica 1906, mimo ładnych nadruków, sama konstrukcja jest tragiczna. Na szczęście nie wszystko wypadło tak źle, sporo małych zestawów nadal zachowało swój urok, a domek czarodzieja, mimo zastosowania przerośniętych klocków, jest całkiem zgrabnie sklecony.

W roku 1995 ponownie otrzymaliśmy nową nację. Tarcze Royal Knights zdobiła głowa lwa przyozdobiona wizerunkiem korony. Zniknął gdzie wątek fantastyczny, jednak z jakością zestawów niestety także do końca coś nie wyszło. Strażnica 6078 czy karoca 6044 nieco straszą, na szczęście zamek 6090, wzniesiony ponownie na wypukłej płycie bazowej, można uznać za jak najbardziej udany, do tego znalazło się tutaj sporo ruchomych elementów, skrytek czy zapadni. No i pojawił się król!

W kolejnym roku powracają Ludzie Lasu, frakcja tym razem otrzymała nazwę Dark Forest. Trzy zestawy można uznać co najwyżej za poprawne.

I znowu diametralna zmiana. W 1997 roku debiutują Fright Knights z symbolem nietoperza na tarczach, a do świata Castle powracają motywy fantastyczne, w tym ładne smoki. Wśród figurek pojawia się uśmiechnięta Wiedźma, wprost nie sposób odmówić jej swoistego uroku. Uroku natomiast zabrakło konstrukcjom, które momentami wyglądają, jak złożone przez przedszkolaka. Nawet w największym niby zamku coś nie zagrało, choć wysoka wieża była ciekawym pomysłem.

Kolejny rok to trochę wznowień, parę zestawów Fright Knights oraz spora ciekawostka: mały zestaw z Królem, który nie był przypisany do żadnej z frakcji.

W tym samym roku jednak zadebiutowała całkowita nowość. Seria powiązana z Castle, ale zmieniająca zarówno region jak i czas przedstawianych wydarzeń. Ninja przenoszą nas do feudalnej Japonii, za czasów, gdy już użytkowana była broń palna. Otrzymaliśmy wiele nowości, w tym figurki Ninja i Samurajów. Wśród zestawów pojawiła się sporych rozmiarów twierdza, warownie i sporo pomniejszych konstrukcji. Pod względem jakości było całkiem przyzwoicie, choć na przysłowiowy opad szczęki nie ma co tu liczyć.

W 2000 roku nastąpił powrót do średniowiecznych klimatów, w ramach jednej serii, nazwanej oficjalnie Knights’ Kingdom, otrzymaliśmy dwie, przeciwstawne frakcje: King Leo’s Kingdom vs. Cedric The Bull’s Bandits. Jednocześnie junioryzacja szalała na całego, a same zestawy prezentowały się bardzo słabo, i to niestety wliczając także zamek.

Kolejne lata to wznowienia klasyki oraz specjalny zestaw Blacksmith Shop, zaprojektowany przez fana. Czyli takie Ideas tamtych czasów.

Rok 2004 to powrót serii oficjalnej nazwanej Knights’ Kingdom, dla rozróżnienia od poprzedniej, przez fanów przemianowanej na Knights’ Kingdom II. Ponownie, w ramach jednej serii, otrzymaliśmy dwie nacje: Kingdom of Morcia vs. Lord Vladek’s Army. LEGO dodatkowo postanowiło bardziej spersonifikować minifigurki, pojawiły się więc postacie obdarzone imieniem, do tego rycerzy przyodziano w różnokolorowe, pstrokate zbroje. Same konstrukcje niestety nie wypadały zbyt ciekawie, łącznie z zamkiem, o specyficznej, piramidalnej bryle.

Seria była kontynuowana w 2006 roku, jednak coś się zmieniło. I to na plus! Konstrukcje wydane w tym roku jakby prezentują się o wiele lepiej, zarówno wieża jak i mur warte są zainteresowania, także zamek nie odstrasza. Szkoda, że taki skok jakościowy pojawił się pod koniec serii, ale jak czas pokaże, na szczęście nie była to jednorazowa tendencja.

A żeby jeszcze dogryźć Knights’ Kingdom II, serii towarzyszyło sporo dodatkowych gadżetów, oraz duże składane figurki, w stylu nieco konstrukcji a’la Bionicle. Koszmarki.

Mała przerwa na serię odpryskową. W latach 2005-2006 na rynku pojawili się Wikingowie. Seria Vikings przyniosła szereg całkiem przyzwoitych zestawów, w większości z nich mogliśmy znaleźć jakąś składaną z elementów bestię. Do tych konstrukcji można mieć mieszane uczucia, ale bezsprzecznie posiadają swój niezaprzeczalny urok.

Rok 2007 to jedna z najważniejszych dat w historii LEGO Castle. W tym roku zadebiutowała całkowicie nowa seria, przez LEGO nazwana po prostu Castle, jednak przez fanów szybko przemianowana na Fantasy Era. Oczywiście nie bezpodstawnie, w serii ponownie starły się rożne nacje, tym razem byli to Rycerze i Kościotrupy, wkrótce do konfliktu dołączyły Trole, Ogry i Krasnoludy (Crown Knights & Dwarves vs. Skeleton Warriors & Troll Warriors). Pojawiła się także nowa menażeria, jak choćby ogromne, naprawdę ładne smoki, czy pomysłowe kościane konie. Nie zabrakło także magów.

Seria zaowocowała wieloma zestawami, i o ile przez parę lat LEGO raczyło nas prawdziwy koszmarkami, to w tym przypadku wynagrodzili nam to z nawiązkom. Praktycznie każdy zestaw, od najmniejszych do największych, prezentował się rewelacyjnie, do tego zadbano zarówno o aspekt wizualny jak i sporą bawialność, a patenty takie jak konstrukcja z dwoma ogromnymi kołami zasługują na prawdziwe uznanie. Ciekawostką są dwa małe zestawy: 5372 Skeleton Chariot i 5373 Knight & Catapult które nigdy nie trafiły do sprzedaży, mimo to, pojawiły się do nich oficjalne instrukcje dostępne w formie elektronicznej. Jedyny zarzut jaki można było mieć do serii, że nie otrzymaliśmy konstrukcji cywilnych. Przynajmniej przez pierwsze dwa lata istnienia serii, gdyż…

…w 2009 roku pojawił się zjawiskowy zestaw 10193 Medieval Market Village, uznawany ogólnie za jeden z najlepszych zestawów, jakie kiedykolwiek wypuściło LEGO.

Seria otrzymała wiele dodatkowych produktów, jak choćby kalendarz adwentowy, grę w kółko i krzyżyk, skarbonkę ze smokiem połykającym monety czy szachy. I to w dwóch edycjach: nieco mniejszej i większej: 852293 Castle Giant Chess Set. Ten niesamowity zestaw składał się z ponad 2000 elementów, zawierał ponad 30 minifigurek i dostępny był w przepięknym, monstrualnym opakowaniu, formą przypominającym księgę. Dodatkowo otrzymaliśmy księgę z garstką klocków i szeregiem instrukcji do konstrukcji, które to można było z tej garstki złożyć. W tym zestawie znalazły się już fizyczne reinkarnacje wspomnianych wcześniej, niewypuszczonych zestawów.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Castle Fantasy Era to najlepsza seria z całego zakresu Castle! Zestawy były niezwykle udane, pełne fajnych rozwiązań, bawialne, do tego otrzymywaliśmy zatrzęsienie różnorodnych minifigurek i dodatków. Jakby ktoś zastanawiał się, nad zbieraniem czegoś z Castle, to Fantasy Era wydaje się doskonałym wyborem. I jest co zbierać, zestawów i dodatków pojawiło się naprawdę tutaj sporo. Aż szkoda, że seria się zakończyła…

…i została zastąpiona w 2010 roku przez Kingdoms, czyli ponownie starły się ze sobą dwie nacje, tym razem byli to Lion Kingdom vs. Dragon Kingdom. Zniknęły gdzieś wątki fantastyczne, jedynie w małym zestawie zawitał czarodziej z maciupkim smokiem. Na szczęście same zestawy prezentowały się bardzo dobrze, zamek z czerwonymi wykończeniami jest bardzo ładny, a i pomniejsze zestawy prezentują się niezgorzej. Tylko zabrakło gdzieś tej świeżości i rewolucyjnych pomysłów.

W kolejnym roku otrzymaliśmy dwa zestawy cywilne: warsztat kowala oraz gospodarstwo. Trzeba przyznać, że oba zestawy wypadły wręcz doskonale, w kuźni znalazło się sporo broni, natomiast gospodarstwo, oprócz świetnych konstrukcji, dostarczało zatrzęsienie żywego inwentarza, do tego unikatowego. Nakrapiana świnka, szary plamisty konik, kurki i dwie kozy, które znalazły się tylko i wyłącznie w tym zestawie! Seria zakończyła swój żywot w 2012 roku serwując nam ostatni, także niezwykle udany zestaw przedstawiający pojedynek rycerski, a jednocześnie fajnie nawiązując, poprzez zdobienia na tarczy, do klasycznej serii Black Falcons.

W latach 2013-2014 otrzymaliśmy kolejną serię, nazwaną oryginalnie przez TLG po prostu Castle (Lion Knights vs. Dragon Knights). Niestety, zestawy w ogóle nie porywały, a w przypadku takiego choćby zamku ewidentnie widać było, że czegoś tu zabrakło. Nawet zestaw ze smokiem prezentował się słabo. Paradoksalnie, całkiem niezłe wypadł 70806 Castle Cavalry, będący jednak składową serii The LEGO Movie.

Na tym kończy się żywot serii Castle, TLG w 2016 roku podsumowało swoją historię bardzo przyjemnym, okolicznościowym zestawikiem. Na załączonej grafice widać ewolucję minifigurek Rycerzy, i wyszczególniono tutaj także rycerza z 2016 roku…

Tak, w latach 2016-2018 roku także niby mieliśmy Castle. A raczej dziwny twór, niby tematyką nawiązujący do Castle, nawet w wielu zestawach pojawiły się smaczki i swoiste „mrugnięcia okiem”, jednak seria Nexo Knights jednocześnie starała się wprowadzić elementy futurystyczne, stąd choćby rycerze dosiadają mechanicznych koni, czy podróżują dziwnymi pojazdami jeżdżącymi, a nawet latającymi! Twory zamkopodbne są strasznie udziwnione, choćby jeden zamek jest mobilny, a drugi przypomina kosmiczny port. Pomysł dziwaczny, wykonanie takie sobie, aczkolwiek, niektóre składowe warte są większej uwagi. Nieźle wypadają rycerze, jeszcze lepiej zróżnicowane frakcje przeciwników, reprezentowane przez oryginalne i całkiem ciekawe postacie.

W ramach serii powiązanych należy wspomnieć o linii The Lord of the Rings obecnej na rynku w latach 2012-2013, czyli zestawach opartych na przebojowej trylogii filmowej. Trzeba przyznać, że otrzymaliśmy tutaj wiele całkiem ciekawych i ładnych konstrukcji, i jak to w seriach licencyjnych bywa, rewelacyjne minifigurki.

Analogicznie sprawa ma się z serią The Hobbit z lat 2012-2014, także opartej na trylogii filmowej.

Dla wygłodniałych fanów Castle wartym także zainteresowania będzie seria Ninjago obecna na rynku od 2011 roku, i której, póki co, nie widać końca. Seria zaowocowała multum najróżniejszych zestawów, i mimo że nawiązuje do tematyki Ninja, to pojawiają się tutaj także futurystyczne motywy, jak pojazdy zarówno jeżdżące jak i latające. Do tego przez lata swojej obecności na rynku seria zahaczała o dodatkową tematykę, jak steampunk, Piraci, gry komputerowe. Znalazło się także wiele zestawów utrzymanych w bardziej klasycznym klimacie, a takie cudeńka jak 70751 Temple of Airjitzu, 2507 Fire Temple czy 70618 Destiny’s Bounty bezsprzecznie warte są zainteresowania przez miłośników Castle.

Także wśród poszczególnych serii Collectable Minifigures znajdziemy co nieco w klimatach Castle, w tym całkiem sporą grupkę rycerzy, Króla i Królową, Forestmena i skrytozabójcę z logiem Wolfpack, Vikingów czy Ninja. Dla miłośników fantasy Era są Krasnoludy, zielony jegomość i Elfy, których niestety w samej serii Fantasy Era zabrakło.

Zaczęło się ciekawie, Żółty Zamek nadal może być łasym kąskiem. Classic Castle od 1984 do 1993 to nieco może toporne, ale niepozbawione uroku konstrukcje, które nadal pozostają kwintesencją klimatów średniowiecznych. Później coś zaczęło się psuć, wprowadzenie wątków fantastycznych wydawało się wdzięcznym tematem, ale LEGO poległo na samych projektach zestawów. Serie odpryskowe: Ninja i Vikings nieco odświeżyły temat, i warte są zainteresowania. Wreszcie w 2007 roku udało się i TLG wykorzystało niezwykle udanie motywy fantastyczne, aż żal, że ta fantasy Era trwała tak krótko. Kingdoms z rozpędu można potraktować jako rozszerzenie wcześniejszej serii, tym bardziej, że parę niezwykle udanych zestawów tutaj też otrzymaliśmy. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego ostatnia średniowieczna seria wypadła tak słabo. Nexo Knights to już swoiste kuriozum, raczej fani klasyki, nawet tej z wątkami fantastycznymi, nie mają tu czego szukać.

Z pewnością warto skierować wzrok na serie powiązane: The Lord of the Rings i The Hobbit dostarczają wiele ciekawych zestawów, szczególnie dla miłośników uniwersum Tolkiena. Tak samo Ninjago, które w swojej przepastnej bibliotece zestawów serwuje przysłowiowe „dla każdego coś miłego”. A na deser prę minifigurek z Collectable Minifigures.

Niestety, obecnie Castle, zniknęło z oferty TLG i patrząc, jak coraz popularniejsze stają się serie licencyjne, zapewne nieprędko wróci jako w pełni autorski projekt LEGO. Choć ostatnio TLG, w ramach linii Ideas, zaprezentowało nam świetny zestaw Piracki, to może kiedyś doczekamy się ogromnego, bogatego w szczegóły zamku? A póki co, można od czasu do czasu popolować na coś ze starszych zestawów. Wybór wszak jest ogromny.

Time Commando z 1996 roku

Time Commando to gra z 1996 roku, za której stworzeniem odpowiada Frédérick Raynal, znany z takich hitów jak Alone in the Dark (niedawno opisywałem ten staroć na blogu) czy Little Big Adventure. Co ciekawe, akcja gry toczy się w 2020 roku, który to rok przedstawiono w dość futurystycznej otoczce, przypominającej nieco klimat z Łowcy Androidów.

Sam scenariusz jest dość prosty, mamy instytucję, zajmującą się czymś w stylu tworzenia wirtualnych światów. Oczywiście pojawia się zły charakter, który infekuje system wirusem, a my, jako agent specjalny Stanley Opar, musimy zaradzić kryzysowej sytuacji. Dostajemy się do systemu, i wędrujemy poprzez najróżniejsze epoki historyczne, m.in zbierając niebieskie czipy, które spowalniają rozprzestrzenianie się wirusa.

Jednak clou gry jest pokonywanie kolejnych fal przeciwników, i tu trzeba przyznać, twórcy gry naprawdę pod tym względem zaserwowali nam niesamowitą różnorodność. Zwiedzimy szereg epok, odwiedzimy choćby starożytny Rzym, czasy średniowieczne, dziki zachód, przyjdzie nam uczestniczyć w niejednej Wojnie, a na koniec powalczymy z robotami, obcymi i zombiakami w bazach kosmicznych. Oczywiście każda epoka dostarcza nam szereg charakterystycznej broni, a także odpowiednio zróżnicowanych przeciwników. Na nudę nie będziemy narzekać.

Ciekawy patent zastosowano by przedstawić rozgrywkę. Postacie są w pełni trójwymiarowe, natomiast tła zostały wyrenderowane wcześniej, co ciekawe, nie są statyczne, ale wraz z naszymi postępami, płynnie się przemieszczają. Upraszając, wygląda to tak, jakby na gotowy film nałożono wirtualnych aktorów. Efekt jest całkiem przyzwoity, i mimo niskiej rozdzielczości, nawet dzisiaj, gra się niezwykle przyjemnie.

Spora zasługa tutaj bardzo przyjemnego systemu walki, wszystkie postacie poruszają się bardzo płynnie i naturalnie, do tego zadawanie ciosów i używanie broni zarówno białej jak i miotanej jest prawdziwą przyjemnością. Niestety, za wadę można potraktować to, że film cały czas przesuwa się tylko do przodu, więc jak coś pominiemy i przejdziemy kawałek dalej, to nie ma już możliwości cofnięcia się.

Gra nie jest długa, obecnie skończyłem ją w zaledwie jeden wieczór. I całkiem nieźle się bawiłem. Dla miłośników staroci, pozycja obowiązkowa, tym bardziej, że Time Commando można zdobyć obecnie choćby na GOGu, a w promocji kosztuje przysłowiowe grosze. A teraz czas przypomnieć sobie Little Big Adventure, w moim prywatnym rankingu, jedną z najlepszych gier, w jakie kiedykolwiek grałem!

René Goscinny (1926-1977) i Albert Uderzo (1927-2020) to duet wyjątkowy. Serdeczni przyjaciele i utalentowani artyści. Goscinny miał niezwykły dar do opowiadania historii przepełnionych humorem, pełnych zabaw słownych, przy których nawet największy ponurak się uśmiechnie. Współpracował przy takich seriach jak Lucky Luke, Przygody Mikołajek czy Iznogoud. Uderzo był niezwykłym rysownikiem, potrafiącym wyczarować niesamowite postacie. Duet razem stworzył takie serie jak Janko Pistolet, Umpa-pa Czerwonoskóry oraz swoje najsłynniejsze dzieło: Przygody dwóch Galów: Asteriksa i Obeliksa, które podbiło dosłownie cały świat.

Asteriks narodził się po burzy mózgów, która miała miejsce w sierpniu 1959 roku. W tym samym roku, 29 października, komiks zadebiutował na łamach magazynu Pilote, natomiast pierwszy album ukazał się w roku 1961. Do dzisiaj seria ukazała się w ponad stu wersjach językowych, a łączny nakład przekracza 350 milionów egzemplarzy. Panowie razem tworzyli przygody dzielnych galów przez kolejne 24 albumy, po śmierci Goscinnego, warstwą scenariuszową zajął się Uderzo. I mimo, że kolejne albumy są momentami nieco słabsze pod względem humoru, to nadal zapewniają świetną rozrywkę. Od albumu 35 seria przeszła w ręce nowych twórców: Jeana-Yves’a Ferriego (scenariusz) i Didiera Conrada (rysunki). Te albumy niestety nieco odstają od wcześniejszych, o ile graficznie nic im nie można zarzucić, to scenariuszowo jest już o wiele gorzej. Choć, przynajmniej jak w moim przypadku, po kolejnym czytaniu, można się do nich przekonać.

W Polsce seria zadebiutowała w 1990 roku nakładem wydawnictwa Egmont. Przez lata ukazywały się kolejne albumy komiksowe a także wydania specjalne. Pierwsze wydanie zostało zaprezentowane w dominującej białej szacie graficznej okładki i w miękkiej oprawie. Wydawca wznowił także serię w twardej oprawie, uzupełnionej o niezwykle ciekawy leksykon. Obecnie większość albumu doczekała się kolejnego wydania, także w miękkiej oprawie. Pojawiły się także zmiany w tłumaczeniu, niektóre niestety dość niefortunne.

Kolejność tomów wg pierwszego polskiego wydania, w nawiasach kolejność oryginalna:

1 Przygody Galla Asteriksa
2 Złoty sierp
3 Asteriks gladiator (4)
4 Wyprawa dookoła Gallii (5)
5 Asteriks i Kleopatra (6)
6 Walka wodzów (7)
7 Asteriks i Goci (3)
8 Asteriks u Brytów
9 Asteriks i Normanowie
10 Asteriks legionista

11 Tarcza Arwernów
12 Asteriks i kociołek (13)
13 Asteriks na igrzyskach olimpijskich (12)
14 Niezgoda (15)
15 Asteriks w Hiszpanii (14)
16 Asteriks u Helwetów
17 Osiedle bogów
18 Laury Cezara
19 Wróżbita
20 Asteriks na Korsyce

21 Podarunek Cezara
22 Wielka przeprawa
23 Asteriks u Belgów (24)
24 Obeliks i spółka (23)

Rysunki i scenariusz: Albert Uderzo.

25 Wielki rów
26 Odyseja Asteriksa
27 Syn Asteriksa
28 Asteriks u Reszehezady
29 Róża i miecz
30 Galera Obeliksa

31 Asteriks i Latraviata
32 Galijskie początki
33 Kiedy niebo spada na głowę
34 Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa – Złota księga

Scenariusz: Jeana-Yves Ferri, rysunki: Didier Conrad

35 Asteriks u Piktów
36 Papirus Cezara
37 Asteriks w Italii
38 Córka Wercyngetoryksa

Albumy specjalne:

– Dwanaście prac Asteriksa (adaptacja filmu animowanego)
– Dwanaście prac Asteriksa (kolejna, inna w formie, adaptacja filmu animowanego)
– Tajemnica magicznego wywaru (adaptacja filmu animowanego)
– Jak Obeliks wpadł do kociołka druida, kiedy był mały (opowieść z dzieciństwa naszych bohaterów)
– Przygody Galla Asteriksa (pierwszy album uzupełniony o dodatek na temat powstania serii)
– W hołdzie Albertowi Uderzo: Asteriks i przyjaciele (album stworzony przez różnych rysowników, wydany z okazji 80 urodzin Uderzo)

Pierwszy tom w różnych wydaniach, różniących się kolorowaniem oraz tłumaczeniem.

Inne albumy Goscinnego i Uderzo:

Umpa-pa Czerwonoskóry
Polskie wydanie zbiorcze zawiera albumy: (w nawiasach data wydania oryginalnego)
– Czerwonoskóry (1961)
– Na wojennej ścieżce (1961)
– I piraci (1962)
– I tajna misja (1962)
– Kontra Chora Wątroba (1967)

Janko Pistolet
Polskie wydanie zbiorcze zawiera albumy: (w nawiasach data wydania oryginalnego)
– Korsarz niezwykły (1989)
– Kaper królewski (1991)
– I szpieg (1999)
– W Ameryce (1999)
– I szalony naukowiec (2013)

Seria Asteriks doczekała się także wiele adaptacji filmowych:

Filmy animowane:

– Asterix Gall (1967)
– Asterix i Kleopatra (1968)
– Dwanaście prac Asteriksa (1976)
– Asterix kontra Cezar (1985)
– Asterix w Brytanii (1986)
– Wielka bitwa Asteriksa (1989)
– Asterix podbija Amerykę (1994)
– Asterix i wikingowie (2006)
– Asterix i Obelix: Osiedle Bogów (2014)
– Asterix i Obelix: Tajemnica magicznego wywaru (2019)

Filmy aktorskie:

– Asterix i Obelix kontra Cezar (1999)
– Asterix i Obelix: Misja Kleopatra (2002)
– Asterix na olimpiadzie (2008)
– Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości (2012)

Albert Uderzo zmarł 24 marca 2020. Wraz z René Goscinnym mieli ogromy wpływ na rynek komiksowy, a ich działa zapewne będą cieszyć jeszcze wiele pokoleń. U mnie to jedna z tych serii, gdzie bardzo często wracam do poszczególnych albumów. I mimo wielokrotnego czytania, cały czas zapewniają doskonałą zabawę.

LEGO właśnie startuje z nową linią produktów, o całkiem pomysłowym założeniu. Poszczególne produkty to opaski na rękę, stojaki i ramki na zdjęcia, pojemnik na przybory biurowe czy stojak na biżuterię. A wszystko to możemy przyozdobić według własnego uznania dołączona garstką kolorowych malutkich płytek, które także występują z najróżniejszymi nadrukami. Nie powiem, umożliwia to stworzenie czegoś tylko naszego, tym bardziej, że to klocki, więc do przyozdobienia możemy wykorzystać także elementy które już posiadamy. A gdyby akurat zdarzyło się, że nie mamy odpowiedniego zaplecza klockowego, to LEGO i na to ma rozwiązanie: gotową saszetkę zawierająca tylko ozdobniki. Za paręnaście złotych możemy zakupić taki oto woreczek:

LEGO Dots 41908 Extra Dots Series 1

LEGO Dots 41908 Extra Dots Series 1

W którym znajdziemy ponad 100 malutkich płytek. Znajdziemy tu ćwierćkoła w pastelowych kolorach, groszki z brokatem, oraz, co zapewne dla wielu z nas najciekawsze, groszki z nadrukiem. Czyli takie LEGOwe emotki:

LEGO Dots 41908 Extra Dots Series 1

LEGO Dots 41908 Extra Dots Series 1

Niestety, okazuje się, że emotek w woreczku jest zaledwie 11, i co najgorsze, wszystko wskazuje na to, że ich dobór jest losowy. Tak więc jakaś może się powtórzyć, ale w mojej paczuszce nie trafiłem choćby na kostkę czy diamencik. Za to dostałem kupkę. Tęczową, a jak!

LEGO Dots 41908 Extra Dots Series 1

Na szczęście torebka posiada przezroczyste okienko, więc przed zakupem spokojnie można zajrzeć, czy odpowiednie emotki znajdują się w woreczku. A jak potrzebujemy ich więcej, cóż, pozostaje kupno kolejnej paczuszki. Trzeba przyznać TLG, całkiem niezłe posunięcie marketingowe, chcesz diamencik, kostkę i kupkę? Kup więcej!

Alone in the Dark z 1992 roku

Wymagania sprzętowe na poziomie IBM PC AT 386 25MHz, 2 MB RAM i karta graficzna VGA dziś śmieszą, ba zapewne wielu obecnych PCtowych graczy nawet będzie miało problem z wyobrażeniem ich sobie! W 1992 roku jednak to było coś! Przynajmniej dla tych, którzy posiadali komputer, gdyż dla wielu z nas, taka maszynka istniała jedynie w sferze marzeń. Sam nie posiadałem wtedy komputera, ale kupel który go miał, dał znać, że właśnie zdobył jakąś rewelacyjną grę. Poleciałem w te pędy i graliśmy. Dość długo, zapatrzeni w monitor, skupieni na niesamowitej rozrywce. W pewnym momencie do pokoju wpadł jego pies. Obaj tak się wystraszyliśmy, że podskoczyliśmy na krzesłach. Bo gra była horrorem, i to na tamte czasy niezwykle nowatorskim. Statyczne tła ukazywała pomieszczenia pod najróżniejszym kątem, a postacie które po nich buszowały, w tym nasz protagonista, były wykonane w pełnym 3D. Brzmi znajomo? od razu na myśl nasuwa się Resident Evil. Ale to Alone in the Dark był pierwszym horrorem, który wprowadził tak niesamowity sposób przedstawiania rozgrywki.

Już sam początek robił ogromne wrażenie, nagle płaskie logo Infogrames, pancernik, zmienia się w pełni trójwymiarowy model i zaczyna się obracać. Wybieramy jedną z dwóch postaci, możemy grać jako detektyw Edward Carnby lub Emily Hartwood, której wuj popełnił samobójstwo w mrocznej posiadłości.

Intro przedstawia, jak spokojnie zmierzamy do niniejszego domostwa, już czując, że ktoś, lub coś, nas obserwuje. Wchodzimy do środka, a wielkie drzwi same z siebie się za nami zatrzaskują. W końcu trafiamy na strych, i w tym momencie gracz przejmuje w pełni kontrolę nad wybraną postacią. W pełni, to znaczy, że możemy poruszać się w dowolną stronę, w pełnym 3D!

Oddalając się od ekranu postać automatycznie i płynnie się zmniejsza, i analogiczne, przybliżając się do punktu obserwującego daną scenę, zwiększa swoje rozmiary. Na tamte czasy sprawiało to niesamowite wrażenie! Z menu możemy wybrać parę „umiejętności”, możemy coś popchnąć, przeszukać, później pojawi się możliwość skoku. Tak, zgadza się, by nasza postać wykonała jakąś z tych czynności, nie wystarczy wcisnąć określonego klawisza, ale trzeba wybrać odpowiednią opcję z menu. Można też biegać, w tym przypadku trzeba nacisnąć szybko dwa razy klawisz ruchu, z czym niestety są problemy. Po chwili od rozpoczęcia rozgrywki atakuje nas pierwszy, przypominający zombie, stwór. Chował się w schowku w podłodze. Walczyć możemy, odpowiednia opcja jest w menu. Następny stwór już czyha za oknem, tym razem to bodajże wilkołak, przypominający tak naprawdę ogolonego fioletowego kurczaka. Jeżeli mieliśmy szczęście, to znaleźliśmy już strzelbę, o wiele ułatwi potyczkę! Tylko trzeba pamiętać o oszczędzaniu amunicji, niestety, to towar deficytowy. Ale możemy też przesunąć skrzynię na klapę i zasłonić okno szafą, dzięki czemu obu spotkań z potworami unikniemy. I na tym polega ta gra, błądzimy po strasznym domostwie, kombinujemy by przeżyć, a zaskakujące jest to, że otrzymujemy całkiem sporą swobodę.

Z dziwnymi stworami ciężko jest wygrać, ale często można uniknąć walki. Dla przykładu choćby kuchnia, ze spora liczbą zombiaków. Można walczyć, ale też można postawić na stole garnek ze strawą. Nagle zombiaki usiądą grzecznie na krzesłach i zupełnie stracą nami zainteresowanie. Zagadki są sensowne, logiczne, a wiele problemów można rozwiązań na parę sposobów.

W końcu trafiamy do podziemi, tu już akcent przygodowy praktycznie znika, mamy bieganie, uciekanie przed stworami, skakanie po platformach, błądzenie po labiryncie i wreszcie ostateczną potyczkę.

Scenariusz oparto na prozie H.P. Lovecrafta, a o wielu wydarzeniach dowiadujemy się z znajdywanych tu i ówdzie ksiąg. Gra swego czasu zachwyciła wszystkich, zarówno graczy jak i recenzentów. Wręcz rozpływano się nad jej sposobem „filmowego przedstawiania wydarzeń”. Sukces pociągnął za sobą kontynuacje, Alone in the Dark 2 ukazał się w 1994 roku, a Alone in the Dark 3 w 1995. Były to gry przyzwoite, choć niestety, nie potrafiły już tak zauroczyć jak jedynka. W 2001 roku ukazała się czwarta część: Alone in the Dark IV: Koszmar powraca także dość dobra, oczywiście już z o wiele lepszą grafiką, i z bardzo ciekawych systemem świateł. Później jeszcze próbowano reaktywować markę, niestety, z marnym skutkiem. I był jeszcze film, o którym nikt nie chce pamiętać.

Dzisiaj w Alone in the Dark można zagrać choćby za pośrednictwem sklepu GOG, gdzie otrzymujemy wersję w pełni udźwiękowioną, z całkiem przyjemną oprawą muzyczną. Koszt na promocji to bodajże 3 złote (i to za całą trylogię + mały dodatek!), więc sam się skusiłem, i chętnie powróciłem do tajemniczego domostwa. Grafika dziś odstrasza, ale ma swój urok. Niestety, sama gra jest dość krótka, orientując się co i jak, spokojnie można ją skończyć w jeden wieczór. Ale warto, i o dziwo, nadal można się przestraszyć. Choć obecnie większość stworków powoduje uśmiech, to jednak klimat pozostał. Z ciekawości, z nostalgii, z zainteresowania historią gier komputerowych. Każdy powód będzie dobry, by powrócić do Derceto.

Parę dni temu, po obejrzeniu Wiedźmina sięgnąłem ponownie po Wiedźmina komiksowego. Tego z Magazynu Komiks Fantastyka, rysowanego przez mistrza polskiego komiksu: Bogusława Polcha. Lata temu, gdy po raz pierwszy czytałem tę serię, nie przypadła mi za bardzo do gustu. Największy zarzutem była zmiana kreski. Byłem przyzwyczajony do tego, że rysunki Polcha porażały swoją szczegółowością, przywiązaniem do detali i idealnymi liniami uwypuklonymi szczególnie na elementach technicznych, jak najróżniejsze maszyny, roboty, czy statki kosmiczne.

Pierwszym komercyjnym albumem Bogusława Polcha był Żbik. A dokładnie zeszyt „Złoty” Mauritius. Graficznie nie było idealnie, aczkolwiek wiele udanych kadrów cieszyło oko. Polch w sumie narysował siedem zeszytów z regularnej serii Żbika, i z każdym kolejnym widać było, jak dopracowuje swoją kreskę, oraz jaka wagę przywiązuje do szczegółów. Ogromne wrażenie robi chociażby walizka z lekami, wypełniona dokładnie opisanymi pudełeczkami. Do tego Polch lubił eksperymentować i bawił się choćby z różnymi „ustawieniami kamery”. Do Żbika powrócił jeszcze przy okazji dodatkowego zeszytu, narysowanego już lata później, gdy jego kreska jednak nieco straciła na wyrazistości.

  • „Złoty” Mauritius (1970)
  • Nocna wizyta (1972)
  • Wąż z rubinowym oczkiem (1972)
  • Pogoń za lwem (1972)
  • Salto śmierci (1972)
  • Na zakręcie (1973)
  • Niewygodny świadek (1975)
  • Tajemnica „Plaży w Pourville” (2013)

Dziwne, że Polch nie zagościł na dłużej w Relaxie, tym bardziej, że już w pierwszym numerze tego magazynu pojawiła się jego nowelka Spotkanie (1976).

W 1982 powstał rewelacyjnie narysowany pojedynczy album o sportowej tematyce Rycerze fair play, wrażenie szczególnie robiły sceny z okiem oraz kraksy samochodowej. Jeden z głównym bohaterów opowieści wygląda dosłownie jak Funky Koval!

Także w 1982 roku w Polsce premierę miał album Lądowanie w Andach. Niesamowita okładka skrywała niesamowita opowieść opartą na tezach Erlicha von Danikena. Seria, która w końcu zaowocowała w sumie ośmioma albumami, powstała w 1978 roku na zlecenie niemieckiego wydawnictwa Econ. To tutaj właśnie Polch pokazał swoje niesamowite zdolności, i o ile pierwszy album nosi jeszcze znamiona niedopracowania (czepianie się w sumie na siłę) to każdy kolejny swoimi kadrami potrafi spowodować, że czytelnikowi dosłownie zapiera dech w piersiach. Prywatnie uwielbiam tę serię, wiele razy do niej wracałem i pewnie wiele razy jeszcze powrócę. W Polsce pierwotnie ukazało się w sumie siedem albumów, ósmy, niestety z powodu upadku wydawcy, już nie został wydanył, musieli zadbać o niego sami fani, i album wypuszczono na rynek jako wydanie klubowe, zaopatrzone w świetną okładkę, środek niestety jednak był czarno-biały. Dopiero lata później Ostatni Rozkaz ukazał się w wydaniach zbiorczych oraz w ramach serii „Kultowe Polskie Komiksy” poświęconej właśnie Polchowi. Prywatnie, najbardziej lubię pojedyncze albumy, także z powodu przepięknych okładek, które niemiłosiernie przycięto w ostatnim wydaniu zbiorczym. Sama seria obecnie nosi nazwę Ekspedycja, jednak przez lata nie miała określonej jednoznacznej nazwy i nosiła miano m.in Bogowie z kosmosu, Ais, Według Ericha von Dänikena.

  • Lądowanie w Andach (1982)
  • Ludzie i potwory (1984)
  • Walka o planetę (1985)
  • Bunt olbrzymów (1986)
  • Zagłada wielkiej wyspy (1987)
  • Planeta pod kontrolą (1990)
  • Tajemnica piramidy (1990)
  • Ostatni rozkaz (2003)

Tomek Grot, a właściwie Jan Tenner, to kolejna przygoda Polcha z niemieckim rynkiem. Seria była cyklem słuchowisk science fiction wydawanych w latach 1980-1989 w RFN na kasetach magnetofonowych. Do niektórych kaset dołączano krótkie komiksy, za które odpowiadał Bogusław Polch. Komiksy te można przejrzeć na stronie poświęconej serii jantenner.net, po polsku, w roku 1989, ukazał się tylko jeden album zatytułowany Pościg. Do tego album ten wydano na nieprzyzwoicie cienkim papierze, przez który prześwitywał druk z drugiej strony! Wyglądało to wprost tragicznie! Na szczęście zadziałali fani i wersję poprawioną można odnaleźć w odmętach internetu.

Także dzięki fanom ukazały się dwa inne albumy, amatorsko przetłumaczone na język polski: Czerwona góra w ogniu i Woda Szaleństwa. Całość to ciekawostka, z bardzo prymitywnym scenariuszem, ale dla samej kreski, jak najbardziej warto zapoznać się z przygodami Tomka Grota.

Zapewne większość komiksiarzy kojarzy pewną monetę. Narysowaną z najdrobniejszymi szczegółami, i to właśnie to przywiązanie do szczegółów, cyzelowanie każdego kadru doskonale widać w serii Funku Koval. Przepiękna space opera dla dorosłych ukazała się w 1987 na łamach słynnego magazynu Komiks Fantastyka, rok później pojawiła się kontynuacja, także dopieszczona do granic możliwości. W końcu seria rozrosła się o kolejne dwa albumy, jednak niestety już nie prezentowały tak niesamowitego poziomu szczegółowości rysunków, Polch podążał już inną ścieżką. Dwa pierwsze albumy były wielokrotnie wznawiane, aby przeczytać całość najlepiej sięgnąć albo po albumy wydane choćby w ramach wspomnianej już serii Kultowe Polskie Komiksy albo sięgnąć po pełne wydanie zbiorcze (to Pruszyńkiego z 2014 roku, wydanie Egmontowe z 2002 roku zawiera tylko trzy albumy, do tego ma pomniejszony format.).

  • Bez oddechu (1987)
  • Sam przeciw wszystkim (1988)
  • Wbrew sobie (1992)
  • Wrogie przejęcie (2011)

Upadek bożków to krótka nowelka do scenariusza Macieja Parowskiego przygotowany na wystawę poświęconą upadkowi komunizmu, w naszym języku ukazał się jedynie w magazynie Krakers nr 2 (12) z 2000 roku.

Swoistym kuriozum był magazyn prawdziwych mężczyzn KRON, w którym znalazł się komiks rysowany przez Polcha na spółkę z Przemysławem Truścińskim. Magazyn był swoistym sposobem na obejście zakazu reklamowania alkoholu, a największą jego wartością było rozpoczęcie publikacji w drugim numerze albumu Ostatni Rozkaz z serii Ais. Niestety zakończyło się na tylko pierwszym odcinku, gdyż sam magazyn wyzionął ducha po dwóch numerach.

W 1993 Polch rozpoczął kolejną serię. Wiedźmin wiązał się także ze zmianą stylu rysunku, który stał się o wiele mniej szczegółowy, wręcz brudny i momentami niestaranny. Zabieg ten jak najbardziej sprawdził się (głosy są podzielone) w sadze fantasy, jednak manierę nowej oprawy graficznej Polch nabrał na dłuższy czas, i nigdy już nie powrócił do szczegółów które cechowały serie Ais i Funky Koval. Komiksowa saga o Wiedźminie składa się w sumie z sześciu albumów, które premierę miały na ramach Komiksu Fantastyki, wtedy już przemianowanego na po prostu Komiks, a cała seria była wznawiana i ukazała się także choćby w wydaniach zbiorczych (dwutomowym i jednotomowym).

  • Droga bez powrotu (1993)
  • Geralt (1993)
  • Mniejsze zło (1993)
  • Ostatnie życzenie (1994)
  • Granica możliwości (1995)
  • Zdrada (1995)

Bogusław Polch urodził się 5 października 1941, należy do najwybitniejszych polskich twórców komiksowych. W 2009 roku został odznaczony Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Zmarł na początku 2020 roku. Pozostawił po sobie wiele niesamowicie narysowanych albumów, które nadal doskonale się bronią i które nadal stanowią niesamowitą lekturę, nie tyko dla miłośników science fiction czy fantasy. Warto sięgnąć po jego spuściznę, i poświecić dodatkową chwilę na podziwianie niesamowitych rysunków. Wszak wkładał w nie całe serce…

LEGO Marvel Superhero na 2020 rok

Na dobry początek przystawka, zestaw Avengers który premię miał całkiem niedawno:

76144 Avengers Hulk Helicopter Rescue
minifigurki: Chitauri (2x), Black Widow, Hulk, Rescue – Pepper Potts

Zestaw ze wszelkich miar udany, nie dość, że otrzymujemy pięć niezłych minifigurek, wśród których co prawda czarna Wdowa jest powtórką, ale za to mamy Hulka w białym kombinezonie i niewątpliwa gwiazdę niniejszego zestawu: Pepper Potts w fioletowym kombinezonie. Chitauri to miły dodatek, tym bardziej, że dosiadają całkiem przyjemnych latadełek. Helikopter także wypada nieźle, choć akurat ten model prywatnie u mnie pójdzie na przemiał (jakby ktoś reflektował, zapraszam).

I o ile zakończenie bieżącego roku tym zestawem okazało się udane, to niestety plany na rok 2020 prezentują się zastraszająco słabo…

76143 Avengers Truck Take-down
minifigurki: Captain America, Hawkeye, A.I.M. Agent (2x)

Dziwoląg totalny, zestaw który powoduje, że ma się ochotę zapytać WTF? Rozkładana ciężarówka która zupełnie „nie wygląda” do tego wyposażenie Agentów AIM które także odstrasza. Wśród figurek na szczęście tylko Agenci warci zainteresowania, bo na cały zestaw raczej nie ma co marnować pieniędzy. Sroga pomyłka, ale może dzieciakom się spodoba? W końcu TLG wie co robi? Chyba?

76142 Avengers Speeder Bike Attack
minifigurki: Thor, Black Panther, A.I.M. Agent

Chyba jednak nie wie, gdyż kolejny zestaw Avengers to także potworek straszliwy. Z nowości figurkowych mamy tylko Agneta, reszta już w podobnej formie była, więc zestaw raczej nie ma nic, czym by do siebie zachęcał (chyba że zabezpieczenie dla kotka jest warte uwagi…).

76140 Iron Man Mech
minifigurki: Iron Man

Dzieciaki lubią mechy, więc TLG zaserwuje nam w 2020 roku całkiem sporo takich konstrukcji. Ta poświęcona Iron Manowi niestety zupełnie nie zachwyca, ale pewnie będzie nowa zbroja minifigurki.

76141 Thanos Mech
minifigurki: Thanos

Mech Thanosa, oczywiście z rękawicą. No TLG ładnie poleciało, ale sam konstrukcja przynajmniej nie straszy.

76146 Spider-Man Mech
minifigurki: Spider-man

I mech Spider-mana. Musiał być Pajączek, wszak to jedna z popularniejszych marek. Ale mech i tak jest ble, ale pewnie i tak się sprzeda.

76148 Spider-Man vs. Doc Ock
minifigurki: Spider-Man, Spider-Girl, Doctor Octopus

Odgrzewane kotlety, czyli wariacja na temat już istniejących zestawów, ale znacznie gorsza i uboższa. A by podbić zainteresowanie: Spider-girl.

76150 Spiderjet vs. Venom Mech
minifigurki: Spider-Man, Spider-Man Noir, Venom

I znowu mech i znowu powtórka i znowu odgrzewane kotlety. Chyba w LEGO w tym roku nie mili zbytnio czasu by spędzić więcej czasu nad projektami. Na deser Spider-Man Noir.

76149 The Menace of Mysterio
minifigurki: Spider-Man, Spider-Gwen, Mysterio

Ponownie LEGO zrzyna, i to od siebie samego. Konstrukcja dziwnie podobna, a same figi także już były.

76147 Vulture’s Trucker Robbery
minifigurki: Spider-Man, Vulture, Truck Driver

Ziew, nuda…

10921-1: Super Heroes Lab
minifigurki: pającze, Konserwa, Kapitan

A na koniec najjaśniejszy punkt, czyli zestaw, który jako tako się prezentuje, tyle, że to Duplo. Ale figurki Iron Mana i kapitana obowiązkowe!

Ewidentnie, coś poszło nie tak. Brak świeżych pomysłów, a do tego zrzynanie ze wcześniejszych modeli, do tego nazbyt oczywiste i mocno nieudolne. naprawdę, wygląda to, jakby zabrakło czasu i projektantom kazano sklecić coś na szybko, tylko tak, by było. Nie tędy droga LEGO…

Ech, kolejny Batpojazd, wszędzie ich pełno. I na kartach komiksów, to akurat oczywiste, ale także na ekranach czy to kin czy telewizorów, wszak zarówno filmy jak i seriale nie mogą się obyć bez najróżniejszych Batgadżetów, a taki choćby „Batspray na rekiny” przeszedł już do legendy (tak, było coś takiego, autentycznie!), i oczywiście korzysta z tego rynek zabawkarski. Jest przynajmniej co produkować, a fani łakomi są kolejnych Batpierdół. Skwapliwie korzysta z tego także TLG, wypuszczając od groma pojazdów w tym stylu, zazwyczaj średnio udanych, aczkolwiek zdarzają się także perełki. I dzisiaj będzie właśnie o takiej Batperełce. Serdecznie zapraszam, tym bardziej, że recenzję udało uzupełnić się o wywiad z twórcą samego zestawu.

DC Comics Super Heroes / Batman
76119 Batmobile: Pursuit of The Joker

Seria: DC Comics Super Heroes / Batman
Rok premiery: 2019
Liczba elementów: 342
Figurki: 2: Batman, Joker
Wymiary pudełka: (w przybliżeniu) 35 x 19 x 6.5 cm
Cena: $29.99, £24.99, 29,99 €, 139,99 zł

BrickSet, BrickLink

Postać Batmana, zamaskowanego superbohatera, zadebiutowała w maju 1939 roku, na łamach 27 numeru magazynku komiksowego Detective Comics. Jak łatwo więc zauważyć, w 2019 roku obchodzimy 80 lecie istnienia tej postaci. Z tej okazji TLG wypuściło specjalną linie zestawów, o której wcześniej pisałem już na blogu w notce Nowe zestawy ze świata DC: Batman rządzi. Niestety, cudów raczej nie otrzymaliśmy, choć na tle przeciętnych zestawów jeden jednak wyróżnił się, i to na szczęście znacznie na plus. 76119 Batmobile: Pursuit of The Joker przynosi nam dwie ikoniczne postacie, oczywiście samego Batmana, towarzyszy mu natomiast jego arcywróg: Joker, który miał szczęście do wielu udanych interpretacji zarówno na kartach komiksów (wydane u nas choćby Zabójczy Żart czy Biały Rycerz i wiele, wiele więcej) jak i na małym i dużym ekranie (wiele świetnych interpretacji aktorskich, łącznie z niesamowitą kreacją Joaquina Phoenixa w tegorocznym filmie Joker). Sam zestaw to natomiast pojazd, Batpojazd, czyli klasyczny w zamyśle Batmobil, przypominający nieco pojazd Batmana z filmów stworzonych przez Tima Burtona (Batman z 1989 roku, w którym także pojawiła się postać Jokera brawurowo zagrana przez Jacka Nicholsona), jednak tak naprawdę będącego oryginalną kreacją LEGO. Zresztą, sam zestaw wyszedł spod ręki Adama Grabowskiego znanego jako Misterzumbi, którego udało się namówić na krótki wywiad, do którego przeczytania serdecznie zapraszam:

1) Adamie, pracowałeś w sklepie z komiksami, a w Twoim portfolio zestawów LEGO często przewijają się zestawy tematycznie powiązane z obecnie niezwykle popularną popkulturą. Jaki masz stosunek do takich marek jak Star Wars czy Uniwersów DC i Marvela? Nad jakimi seriami pracuje Ci się najprzyjemniej?

To że pracowałem w sklepie nijak się ma do tego, co teraz buduję. Po prostu wylądowałem w akurat tym oddziale i od bodajże sześciu lat, poza jakimiś wyjątkami, buduję właściwie tylko graty w tematyce Super Heroes. Jak pracowałem w sklepie to moim ulubionym wydawnictwem był Dark Horse, i właściwie nadal tak jest. Co do DC czy Marvela, oba lubię, ale nie ubóstwiam, pewnie dlatego byłem jedynym który nie gorączkował przed Endgame, i który wyszedł z kina w tym samym humorze w którym do niego wszedłem, podczas gdy dookoła mnie ludzie nie mogli uwierzyć, co właśnie widzieli. Z obu wole raczej DC, ale to tylko za sprawa Batmana, dla niego potrafię wytrząść z rękawa nieskończoną liczbę gratów, a dla takiego Spider-mana to już jednak inna historia I inne główkowanie.

2) Które zestawy stworzone przez Ciebie, lub przy których współpracowałeś, wspominasz najlepiej, a z których jesteś najmniej zadowolony?

O, najgorszy zestaw to 76003, co ciekawe, choć ja go wprost nienawidzę, był raczej hitem i ludzie strasznie go lubią. Według mnie jest mdły. Jak go budowałem, to myślałem, że choć Superman będzie takim kleksem koloru, a tu figa. W filmie jest ciemnoniebieski i ciemnoczerwony.
Najmilej wspominam Mighty Micros, zrobiłem ich setki, wyszło z pod mojej ręki chyba ze 30? 25? Coś takiego. Najlepsze w nich było to, że robiłem je tylko i wyłącznie dla dzieci, to nie są jakieś kokosy do zbierania dla fanów, dlatego obyło się bez późniejszego marudzenia że to czy siamto, bo projektant zrobił coś całkiem inaczej niż ludzie to sobie zbudowali w głowach.

3) W tym roku obchodzimy 80 lecie postaci Batmana, LEGO z tej okazji wydało parę zestawów, w tym 76119 Batmobile Pursuit of The Joker, zestaw bardzo klasyczny, zawierający Batmobil oraz dwie figurki, oczywiście samego Batmana i Jokera. Zestaw często w opisach i recenzjach jest określany jako wzorowany na pojazdach z filmów Batman Tima Burtona, co oczywiście jest błędem. Opowiedz o pracach nad niniejszym zestawem, oraz określ proszę, na czym dokładnie oparta jest ta konstrukcja.

HA! Ty też napisałeś że to ten z Burtona, a prawda jest taka ze to pomniejszony 7784, te same funkcje, bardzo podobny wygląd. Pozwoliłem sobie na małe odstępstwa, które dyktowane były albo technicznymi możliwościami, albo rozmiarem jednego czy drugiego. Jedyna rzeczą której nie mogę przeboleć to to, że kazali mi zrobić żółte dekle zamiast złotych. Poza tym nie ma tragedii.

4) Na czym, na jakim Batmobilu dokładnie wzorowany jest 7784? Skąd ten pomysł?

Na żadnym. O ile pamiętam, to Uwe Wabra, który pracuje w Technic i chyba nic innego systemowego nie zrobił, go sklecił. Facet po prostu lubi samochody, a ja lubię tego Batmobila, i akurat wyszły te skrzydła i tak sam się złożył ten mały. Podobał mi się pomysł zrobienia czegoś na co wpadł jeden z nas zamiast szukania jakichś innych, nie zbudowanych jeszcze Batmobili…

5) Nad jakimi jeszcze tegorocznymi zestawami z serii Batman pracowałeś?

Nad 76120 o ile dobrze pamiętam. I tak, tu to jest rzeczywiście Batwing Burtona.

Spod ręki Adama w tym roku wyszły także dwa Batmobile, już dokładnie oparte na pierwszym filmie Burtona: 40433 1989 Batmobile i 76139 1989 Batmobile, o których wspomnę jeszcze na koniec recenzji, natomiast listę zestawów do których przyłożył rękę Adam możecie obejrzeć na poświęconej mu stronie na serwisie Brickset: Sets designed by Adam Grabowski (aka Misterzumbi)

Zobaczmy więc, co dokładnie ma nam do zaoferowania niniejszy zestaw. Pudełko podłużne, idealnie pasuje do linii pojazdu, z odpowiednio dobranym, oczywiście utrzymanym w mrocznych barwach, tłem. Wycinek ulicy dodatkowo spowity jest w strugach deszczu, nie można odmówić mu klimatu, i od razu nasuwa się skojarzenie z Gotham. Swoją drogą, przyjrzyjcie się dokładniej, Batman w swojej furze wjechał na pasy, co się dziwić, że Joker, przykładny mieszkaniec, których chciał tylko przejść przez ulicę, tak się wkurzył?

Z tyłu pudełka standard, czyli ponowne ujęcie na model oraz ukazanie jego funkcjonalności, w tym otwieranego dachu, działek czy obracającego się płomienia.

W środku znajdziemy trzy ponumerowane woreczki z elementami,

oraz instrukcję w postaci pojedynczej książeczki.

W niniejszym zestawie znajdziemy dwie minifigurki: Batmana i Jokera. Batmanów było już zatrzęsienie, wszak pierwsze zestawy LEGO z tą postacią pojawiły się już w 2006 roku, więc Gacek, obok Iron-mana, jest najpopularniejszą LEGOwą minifigurką Superbohatera. Warto zauważyć, że figurka ta zazwyczaj posiadała brzydki nadruk na główce, w postaci paska, widoczny spod maski jako oczka. Wreszcie coś z tym fantem zrobiono i na główce pojawiły się gogle. Całkiem zgrabny pomysł, a sama główka wreszcie wygląda na nieoszpeconą. Joker także pojawiał się już wielokrotnie w zestawach LEGO, w tym przypadku całkowicie nowym detalem jest torsik. Całościowo figurka oczywiście sprawia niesamowite wrażenie, wyraz twarzy w połączeniu z porządnym kolorowym strojem i zielonym włosami wypada niesamowicie. Ten uśmieszek nosi w sobie znamiona czegoś diabolicznego. Brrr….

Batmobil. O klasycznej, opływowej linii, z charakterystycznymi elementami jak nietoperze skrzydła, czy kołpaki z symbolem nietoperza. Może nieco karkołomne pomysły, ale całościowo wypada to naprawdę niezwykle zgrabnie, a sam model jest po prostu ładny.

Nadkola sprawiają wrażenie przyciężkawych, są bardzo masywne, ale efekt ten równoważony jest przez opływową linię i odchudzenie środkowej sekcji. Całość idealnie ze sobą współgra.

Kabina jest otwierana, niestety tutaj pojawia się mały problem: daszek lubi się odpinać. Połączenie z szybka odbywa się za pomocą zaledwie dwóch studów, i przy zabawie jest to momentami zbyt słabe połączenie. Na szczęście to klocki, więc problem szybko można „złożyć do kupy”.

Po bokach Batmobil posiada działka, czyli klasyczne „studshotery”, umocowane na zawiasach, jak jest potrzeba, odchylamy i można prowadzić ostrzał!

Z przodu, pod logiem Batmana, ukryte są turbiny.

Batmobil ma moc, z rury wydechowej wręcz bucha ogień! Który dodatkowo wiruje, gdy nasz pojazd się porusza! Prosty, ale świetny patent!

Po budowie pozostaje sporo części zapasowych, w tym komplet elementów z logiem nietoperza.

Zestaw 76119 Batmobile: Pursuit of The Joker wypada wręcz doskonale, a zainteresować nim mogą się zarówno fani LEGO, jak i osoby na co dzień nie zbierające klocków, ale będące miłośnikami choćby superbohaterów, i chcące postawić coś fajnego w tym klimacie na półce. Tym bardziej, że wraz z modelem otrzymujemy ikoniczne postacie.  Sam model sprawdza się zarówno jako bibelot, jak i zabawka, akcenty bawialności w postaci działek czy rewelacyjnego płomienia potrafią dostarczyć sporo radochy. Pozostaje tylko pytanie, czy ten zestaw skierowany jest do tych młodszych, czy nieco starszych dzieci, tych będących już tatusiami i kupujących klocki niby to dla swoich pociech, a potem samemu spędzających godziny na zabawie? 🙂

Zestaw oczywiście gorąco polecam!

Jednocześnie przypominam, że niedługo do sprzedaży trafi Batmobil już w pełni licencjonowany, oparty na filmie Batman z 1989 roku, i to w dwóch wersjach! Nieco mniejszej 40433 1989 Batmobile,

oraz w wersji specjalnej, liczącej ponad 3 tysiące klocków i zawierającej trzy specjalne minifigurki!

76139 1989 Batmobile

Oba modele także stworzył Adam.

Na koniec, suchar:
– Jak nazywa się łódź podwodna Batmana?
– Batyskaf.

Pozdrawiam!

Jak czytać Marvel NOW! Chronologia

Marvel NOW! w Polsce już dawno się zakończył, wyszło tego ponad 100 numerów, i mimo większego bądź mniejszego zamieszania z chronologią, da się w tym bez większych problemów połapać. A jak coś, są poradniki (autoreklama, a co!). Nawet sam Egmont swego czasu wypuścił pewną fajną grafikę, o której niestety zapomniał, i wspomniana grafika nie doczekała się aktualizacji czy choćby uzupełnienia o nieujęte pozycje.

Jako uzupełnienie moich opisów Marvel NOW! pobawiłem się trochę z ogólną chronologią, i udało się sklecić finalną grafikę, wzorowaną oczywiście na tej od Egmontu, ale poprawiającą parę błędów i przede wszystkim biorącą pod uwagę WSZYSTKIE wydane w Polsce albumy nakładem tego edytora.

Przyda się? 🙂

A więc czas już na dobre zabrać się za Marvel NOW2.0 oraz NEW52 (tak, mam takie zaległości) i Odrodzenie!

Pozostałe części poradnika Jak czytać Marvel NOW!

Wszystko umiera, czas się kończy, przychodzi kres na kres. Podróż poprzez odmęty opowiadań wchodzących w skład linii wydawniczej Marvel NOW! także dobiega końca. Po historiach dotyczących mutantów X-men i Guardians of the Galaxy, Pajączka Spider-Man, oraz najróżniejszych przedstawicieli superbohaterskiego fachu Ant-Man, Hawkeye, Moon Knight, Ms Marvel & Thor, Thunderbolts & Deadpool nadszedł czas na crème de la crème, czyli samych Avengers i głównego eventu Marvel Now: Tajnych Wojen. Oczywiście, nie mogło obyć się bez najróżniejszych zawirowań w chronologii wydarzeń, potęgowanych jeszcze faktem, że drużyna Avengers, w najróżniejszym składzie, wprost lubuje się w podróżach zarówno w najdalsze zakątki kosmosu, jak i skakanie po linii czasowej. Chłopaki i dziewczęta z pewnością na nudę narzekać nie mogą. Serdecznie więc zapraszam do ostatniej części poradnika, „Jak czytać komiksy z serii Marvel NOW!” poświęconej Mścicielom.

 

W skład przygód Avengers wchodzą w sumie cztery serie:

Uncanny Avengers (6 tomów)
Avengers (6 tomów)
New Avengers (4 tomy)
Avengers: Czas się kończy (4 tomy)

oraz całkiem spora liczba specjalnych tomików:

Avengers: Wojna bez końca
Era Ultrona
Thanos powstaje
Nieskończoność
Grzech pierworodny
Grzech Pierworodny: Thor i Loki – Dziesiąty Świat
Grzech Pierworodny: Hulk kontra Iron Man
Avengers & X-Men: AXIS
AXIS: Carnage & Hobgoblin

A wszystko to kończy się olbrzymim, wręcz epickim eventem, zatytułowanym Tajne Wojny, na który składają się następujące tomiki:

Tajne Wojny
Tajne Wojny: Oblężenie
Tajne Wojny: Wojna Domowa
Tajne Wojny: Thorowie
Tajne Wojny: Amazing Spider-Man: Odnowić śluby
Tajne Wojny Deadpoola
Staruszek Logan Tom 1: Strefy Wojny (Marvel Now 2.0)

 

Oj, jest tego sporo! Na początek warto więc wyróżnić serię, która sama w sobie,  stoi nieco na uboczu:

Uncanny Avengers

Tom 1: Czerwony Cień (Uncanny Avengers #1-5)
Tom 2: Bliźnięta Apokalipsy (Uncanny Avengers #6-11, #8AU)
Tom 3: Czas na Ragnarok (Uncanny Avengers #12-17)
Tom 4: Pomścić Ziemię (Uncanny Avengers #18-22)
Tom 5: Preludium do AXIS (Uncanny Avengers #23-25, Annual #1, Magneto #9-10)
Tom 6: Kontrewolucjoniści (Uncanny Avengers #1-5 (Vol. 2))

Z którą bezpośrednio powiązany jest event AXIS:

Avengers & X-Men: AXIS (Avengers & X-Men: AXIS #1-9)
AXIS: Carnage & Hobgoblin (AXIS: Carnage #1-3, AXIS: Hobgoblin #1-3)

Kolejność czytania jest bardzo prosta, między tomami 5 a 6 Uncanny Avengers należy przeczytać event Axis, i dodatkowo tie-in do niego, czyli AXIS: Carnage & Hobgoblin.

Sama seria Uncanny Avengers, mimo że stoi nieco na uboczu wielkich wydarzeń dotyczących całego uniwersum, to oczywiście także przepełniona jest wieloma niezwykłymi „epickimi” zdarzeniami. Do tego śledzimy tu losy Drużyny Jedności, czyli wybranych członków zarówno Avengers jak i X-men, otrzymujemy więc mieszankę wręcz wybuchową. Oczywiście pojawiają się wątki nienawiści do mutantów, oraz reperkusje śmierci Profesora X, zalecana więc jest znajomość choćby wydarzeń z historii Avengers Kontra X-Men (WKKM tomy 105, 111 i 120). W tomie 5 zastajemy mocno posuniętego w latach Kapitana Amerykę, samo postarzenie tej postaci nastąpiło na łamach jej solowej serii Captain America Vol. 7, dokładnie w zbiorczym tomie The Iron Nail, niestety nie wydanym na naszym rynku. Seria w sumie składa się z 5 zbiorczych wydań, w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela mogliśmy zapoznać się z dwoma pierwszymi w 132 tomie kolekcji: Kapitan Ameryka: Uwięziony w wymiarze Z. Na szczęście, aby się czytelnik nie pogubił, opis nieopublikowanych wydarzeń znajdziemy w artykule  zamieszczanym w tomie AXIS. Wolałbym polskojęzyczne wydanie całej serii, ale na bezrybiu i rak ryba. Event AXIS miał na siebie całkiem ciekawy pomysł, niestety, nie do końca wyszło z wykonaniem. Jest to przyjemna, ale nie porywająca lektura, natomiast warto zainteresować się bardzo dobrym dodatkowym zeszytem, AXIS: Carnage & Hobgoblin, składającym się z dwóch miniserii, poświęconych odpowiednio wymienionym w tytule postaciom. Oczywiście tomik nawiązuje do przygód Spider-Mana, szczególnie część z Hobgoblinem, która pokazuje nam, co się stało po Wojnie Goblinów ze Spectacular Spider-Mana. Z pozostałych ważniejszych wydarzeń obecnych w serii Uncanny należy wspomnieć o poruszanej kwestii rodziców Scarlet Witch i QuickSilvera. W ramach ciekawostki: w 5 tomie pojawiła się bardzo fajna historyjka z Mojo, pełna autoironicznych nawiązań do popkultury. Wśród plusów należy także wymienić świetną i nastrojową szatę graficzną. Ogólnie, przyjemne czytadło.

 

Przed zagłębieniem się w główny run, można sięgnąć po dwa pojedyncze tomy:

Avengers: Wojna bez końca (Avengers: Endless Wartime)
Era Ultrona (Avengers #12.1, Age of Ultron #1-10)

Biorąc pod uwagę wydarzenia, oba należy umieścić mniej więcej na początku głównych serii, ale oba tomy spokojnie można przeczytać zupełnie niezależnie. Wojna bez końca została wydana jeszcze zanim „na poważnie” ruszył Marvel NOW! i stanowi niezależną opowieść, niestety, nie najwyższych lotów. I to, mimo że traktuje o dronach (przepraszam, suchar musiał być). O wiele lepiej jest z dość grubym tomem Era Ultrona, i choć ponownie, otrzymujemy tutaj „epickie” wydarzenia, oraz nie obyło się bez mieszania na osi czasu, to czyta i ogląda się to wydanie bardzo dobrze. Jako bonusik: pojawia się Angela.

 

Wreszcie nadszedł czas na osławiony run Jonathana Hickmana. Tu należy nadmienić, że scenarzysta ten lubuje się w nawiązaniach do szerokiego spektrum bieżących i przeszłych wydarzeń, najróżniejszych smaczkach, do tego swoja opowieść buduje bardzo misternie, dbając o całą otoczkę. W przypadku opowieści rozpoczętej w ramach Marvel NOW! na kartach serii Avengers i New Avengers całość dąży do odświeżenia, restartu całego uniwersum na kartach Tajnych Wojen. Hickman sięga po multum postaci i nawiązuje do ogromu wydarzeń z uniwersum, tak więc w tym przypadku, im większa nasza wiedza na temat Marvela, tym więcej z tego wyciągniemy przyjemności. Oczywiście absolutnie nie wyklucza to świeżych czytelników, sama historia poprowadzona jest w miarę sprawnie i logicznie, choć momenty, gdzie zadajemy sobie pytanie „o co tutaj chodzi”, przydarzą się nawet wytrawnym czytnikom.

Długo by wymieniać tytuły, które w mniejszym bądź większym stopniu byłyby zalecane do zapoznania się przed lekturą runu Hickmana, tak więc ograniczę się w tym miejscu zaledwie do dwóch:


Oryginalne Tajne Wojny w WKKM tom 26 i 40

Hickmana kończy swoją opowieść Tajnymi Wojnami, warto zwrócić uwagę, że w 1984 roku otrzymaliśmy już Tajne Wojny, gdzie pojawił się motyw Bitewnego Świata, będącego zlepkiem najróżniejszych fragmentów planet, a który stał się areną potyczek miedzy bohaterami a złoczyńcami. Opowieść ta powstała tak naprawdę jako reklama zabawek, głównym jej celem było napędzenie sprzedaży plastikowych figurek i akcesoriów, tak więc scenariuszowo nie zachwyca, ale jednak stała się dość ważna dla samego uniwersum. W Polsce wydana została w ramach WKKM, w dwóch tomach: 26 i 40.


Wojna Nieskończoności i Rękawica Nieskończoności

Jeżeli mamy ochotę poznać lepiej postać Thanosa, czym są Kamienie Nieskończoności, oraz poczytać o potyczkach na kosmiczną skalę w których bierze udział cała plejada postaci, warto sięgnąć po dwa grubaśne tomy zawierające klasyczne opowieści Wojna Nieskończoności i Rękawica Nieskończoności, tym bardziej, że historie w nich zawarte nadal bronią się i to zarówno pod względem scenariuszowym jak i graficznym.

Natomiast z samego Marvel NOW!,  jeszcze przed startem runu Hickmana, można zaliczyć tom Thanos powstaje.

Thanos powstaje (Thanos Rising #1-5)

opowiadający o tytułowej postaci i jego swoistych narodzinach. Opowieść wypada bardzo dobrze, więc można to nawet potraktować jako lekturę obowiązkową.

 

Run Hickmana

Na run składają się dwie serie, których numery bez przerwy się przeplatają, tak więc należy śledzić je równolegle. Tak naprawdę to jedna całość, dla „zmyłki” wydana pod dwoma tytułami. 🙂

Avengers

Tom 1: Świat Avengers (Avengers #1-6)
Tom 2: Ostatnie białe zdarzenie (Avengers #7-11)
Tom 3: Preludium Nieskończoności (Avengers #12-17)
Tom 4: Nieskończoność (Avengers #18-23)
Tom 5: Dostosuj się lub zgiń (Avengers #24-28)
Tom 6: Wieczni Avengers (Avengers #29-34)

New Avengers

Tom 1: Wszystko umiera (New Avengers #1-6)
Tom 2: Nieskończoność (New Avengers #7-12)
Tom 3: Inne światy (New Avengers #13-17)
Tom 4: Doskonały świat (New Avengers #18-23)

Obie serie zresztą w końcu przechodzą jeden tytuł, będący oczywiście składanką poszczególnych zeszytów z rozpoczętych serii.

Avengers: Czas się kończy

Tom 1 (Avengers #35-37, New Avengers #24-25)
Tom 2 (Avengers #38-39, New Avengers #26-28)
Tom 3 (Avengers #40-42, New Avengers #29-30)
Tom 4 (Avengers #43-44, New Avengers #31-33)

Z runem bardzo mocno powiązany jest event Nieskończoność, który wiąże tomy z regularnej serii z dodatkowym wydaniem zatytułowanym oczywiście Nieskończoność.

Nieskończoność (Infinity #1-6)

Kolejny event: Original Sin, Grzech pierworodny, jest już nieco luźniej związany z głównym wątkiem.

Grzech pierworodny (Original Sin #0-8)
Grzech Pierworodny: Thor i Loki – Dziesiąty Świat (Original Sin #5.1-5.5)
Grzech Pierworodny: Hulk kontra Iron Man (Original Sin #3.1-3.4)

Grzech pierworodny to historia utrzymana w stylu detektywistycznym, jednak oczywiście, jak przystało na Marvela, z kosmicznym rozmachem. Jednym z najważniejszych wydarzeń związanych z tym eventem jest przestanie bycia godnym przez Thora. Tie-iny do eventu nie są lekturą niezbędną by zrozumieć sam event, ale same w sobie całkiem przyzwoicie wypadają, szczególnie ten poświęcony Thorowi.

Wracając do Runu Hickmana, głównym problemem tutaj jest zderzanie się światów, a przez to ich zagłada. Tak w wielkim skrócie. Oczywiście, trzeba coś na to poradzić, nie obędzie się bez większych i mniejszych dylematów moralnych, poświęceń, zdrad, kosmicznych bitew i nieodzownych niestety zabaw z czasem, których w niniejszym evencie jest bardzo dużo. Do tego śledzimy, niejednokrotnie równocześnie, losy naprawdę wielu postaci, i to nie tylko wchodzących w skład Avengers. To nie są już lokalne perypetie, tutaj autentycznie, wydarzenia, no dobrze, to słowo jednak pasuje idealnie: tutaj wydarzenia są epickie! I można się w tym pogubić, a żeby zminimalizować takie ryzyko, do lektury należy podejść w następujący sposób:

– New Avengers 1
– Avengers 1
– Avengers 2
– Avengers 3

Event Nieskończoność na który składają się trzy tomy:
– Nieskończoność
– New Avengers 2
– Avengers 4
które, uwaga, czytamy jednocześnie! Po prostu należy wszystkie sobie przygotować, najlepiej zaopatrzyć się w trzy zakładki, i bawić się w przeskakiwanie miedzy rozdziałami. Wydawca zadbał, by każdy z tomów posiadał na końcu rozpiskę jak należy to czytać, jednak niestety, nie jest zbyt dokładna, i posiada małe błędy, stąd też zalecana kolejność wygląda następująco:

— New Avengers 2 rozdział 7
— Nieskończoność rozdział 1
— New Avengers 2 rozdział 8
— Avengers 4 rozdział 18
— New Avengers 2 rozdział 9
— Nieskończoność rozdział 2
— New Avengers 2 rozdział 10
— Avengers 4 rozdział 19
— Nieskończoność rozdział 3
— Avengers 4 rozdział 20
— Nieskończoność rozdział 4
— Avengers 4 rozdział 21
— New Avengers 2 rozdział 11
— Nieskończoność rozdział 5
— Avengers 4 rozdział 22
— Avengers 4 rozdział 23
— Nieskończoność rozdział 6
— New Avengers 2 rozdział 12

I wracamy już do czytania pełnymi tomami:

– New Avengers 3
– Avengers 5

– Grzech Pierworodny + tie-iny

– New Avengers 4
– Avengers 6

– Avengers: Czas się kończy 1
– Avengers: Czas się kończy 2
– Avengers: Czas się kończy 3
– Avengers: Czas się kończy 4

I wreszcie nadchodzą Tajne Wojny! Tu już nie ma żadnych komplikacji z czytaniem, sam event otrzymujemy w jednym grubym tomie:

Tajne Wojny (Secret Wars #1-9, Free Comic Book Day 2015)

Dodatkowo uzupełniony szeregiem dodatków, które stanowią uzupełnienie głównej historii oraz wariacje na temat wykreowanego zbitka najróżniejszych światów.

Tajne Wojny: Oblężenie (Siege (2015) #1-4, Uncanny X-men (2011) #9-10)
Tajne Wojny: Wojna Domowa (Civil War (2015) #1-5)
Tajne Wojny: Thorowie (Thors #1-4, Thor #364-365)
Tajne Wojny: Amazing Spider-Man: Odnowić śluby (The Amazing Spider-Man: Renew Your Vows #1-5 plus dodatek z Spider-Verse #2)
Tajne Wojny Deadpoola (Deadpool’s Secret Secret Wars #1-4, Marvel Super Heroes Secret Wars #1)
Staruszek Logan Tom 1: Strefy Wojny (Marvel Now 2.0) (Old Man Logan #1-5)

Dodatki te nie są niezbędne, by zrozumieć główną oś scenariusza, ale przynajmniej paroma warto się zainteresować, gdyż po prostu stanową bardzo ciekawą i przyjemna lekturę. Oblężenie wypada w tej grupie najsłabiej, zarówno scenariuszowo jak i rysunkowo tom odstrasza. Paradoksalnie, to tutaj najwięcej znajdziemy informacji o świecie, nieźle także wypadają dodatkowe, podwójne plansze oraz dwuzeszytowa historia z X-men, tak więc nie należy Oblężenia zupełnie skreślać. Wojna Domowa to wariacja na temat klasycznej Wojny Domowej, przy założeniu, że sama Wojna nadal trwa. Niezły scenariusz, przyzwoite rysunki, tom wart poznania. Thorowie to klasyczna historia detektywistyczna, bardzo przyzwoita, choć dość sztampowa, nieźle wypada dodatkowe klasyczne „żabie” opowiadanie. Odnowić śluby to znowu wariacja na temat Spider-Mana, który wstąpił w związek małżeński, oczywiście z M.J. i nawet doczekali się córeczki! Lektura obowiązkowa! Tajne Wojny Deadpoola oczywiście nawiązują do Tajnych Wojen, ale tych starszych, pokazując, co by było, gdyby uczestniczył w nich sam Deadpool. Takie sobie. Staruszek Logan należy już do linii Marvel NOW 2.0 czyli następcy Marvel NOW, i stanowi naturalny pomost, pokazujący, jak do „naszego” świata trafił starszy Logan, a jednocześnie jest pierwszym tomem jego solowej serii. Znajomość historii Wolverine: Staruszek Logan mocno zalecana, także z tego powodu, że to świetny komiks jest. Na szczęście wyszedł w kolekcji jako tom 54, a i Wydawnictwo Egmont miało okazję go wznowić.

Warto także zapoznać się choćby z niniejszymi pozycjami:

Koniec.

Świat się skończył.

Spokojnie jednak, oczywiście nie wszystko zniknęło, nasi ulubieni bohaterowie nadal będą mieli gdzie się bawić. Nastąpił restart uniwersum Marvela, który tak naprawdę w zapowiedziach obiecywał nie wiadomo co, a tak naprawdę, wiele się nie zmieniło. Owszem, choćby Uniwersum Ultimate wyparowało, oczywiście by nie wszystko zamieść pod dywan, tak popularna postać jak Miles Morales trafił do „naszego” świata, więc obecnie mamy dwóch pełnoetatowych Spider-Manów. Od przybytku głowa nie boli.

Na ryku Amerykańskim po Marvel NOW nastąpił All-New, All-Different Marvel, niedługo później Marvel Now 2.0. a w końcu Marvel Legacy. Tak, coś wydawca nie mógł zdecydować się na nowy kierunek, i nieco w tym wszystkim się motał. W Polsce zdecydowano się ujednolicić nazwę i wszystkie te All-New, 2.0 i Legacy skonsolidowano w jedną linię opisana bardzo wdzięcznie jako po prostu Marvel NOW 2.0. Sposób wydanie się nie zmienił, dla rozróżnienia białe grzbiety zastąpiono czarnymi, choć są od tej zasady wyjątki, jak choćby seria Ms Marvel, która ma kontynuację numeracji i biały grzbiet, mimo że logo jest już zaopatrzone w oznaczenie 2.0.

A co najlepsze, serie z Marvel NOW 2.0 czyta się bardzo dobrze, i mimo nierównego poziomu, nadal dostarczają sporo zabawy. A po tak długim runie, dobrze, że momentami otrzymujemy znacznie lżejsze opowieści.

 

PS. Oczywiście, na rynku amerykańskim ukazało się o wiele więcej tomów, także nawiązujących bezpośrednio do runu Hickmana. Wielka szkoda, że polski wydawca nie zdecydował się na wydanie choćby czterotomowej serii Avengers World, bardzo fajnie uzupełniającej niektóre wątki i fakty, samej będącej dość przyjemną lekturą. Natomiast z Tajnych Wojen można było dodać jeszcze dwa tomy: Battleworld: Secret Wars Journal, będący zbiorem różnych opowieści ze Świata Wojny oraz Battleworld Marvel Zombies poświęcony tytułowym Zombiakom. No i jeszcze były takie ciekawe serie jak choćby Magneto, Punisher, Black Window, Elektra, Secret Avengers. W sumie szkoda, że Egmont nie pokusił się o wydanie jeszcze paru serii z Marvel NOW! Może kiedyś uzupełnia kolekcję?

Bez spojlerów.

Avengers EndGame króluje na wielkim ekranie, pierwszy weekend już potwierdził, że widowisko przypadło do gustu zarówno widzom jak i krytykom, do tego bije kolejne rekordy finansowe. Cieszą się twórcy, aktorzy, fani, a także oczywiście licencjobiorcy, ot choćby takie TLG, które w swojej ofercie wypuściło parę zestawów bezpośrednio opartych na filmie:

76123 Captain America: Outriders Attack
76124 War Machine Buster
76125 Iron Man Hall of Armour
76126 Avengers Ultimate Quinjet
76131 Avengers Compound Battle
+ 30452 Iron Man and Dum-E

W ramach cyklu Fotki Super Trykociarzy zapraszam na przegląd minifigów i figurek z regularnych zestawów (no bo polybaga jeszcze nie upolowałem…)

Cała, w sensie, z zestawów, drużyna w komplecie. Chyba nie ma potrzeby przedstawiać?

Na dodatkową fotkę załapał się Ant-man, ale po to, by pokazać jego dwa wcielenia.

Mięso armatnie,

i oczywiście Thanos.

Jako bonus, całkiem niezły War Machine Buster,

oraz różne wersje zbroi Starka:

Figurki jak zwykle wypadają zjawiskowo, choć jest na co narzekać. Kolejne wersje Iron-mana zaczynają być nudne, ale taka różnorodność ma swój urok, a w tym roku otrzymaliśmy takie smaczki jak choćby Mark 1 czy Igor. Kto chce, może polować na każdą wersję, kto nie, może ograniczyć się do jednej, dwu. Syndrom Batmana. Reszta drużyny to różnorodne główki w praktycznie tych samych zbrojach, do tego ze spierniczonym nadrukiem twarzy Kapitana Ameryki: kolor cielisty nieładnie wyszedł na niebieskiej główce, coś LEGO nawaliło z farbą. Duży Hulk też był, a Kapitan Marvel to dokładnie ta sama wersja co w zestawie 76127 Captain Marvel and The Skrull Attack. Thanos także był, różnice są tylko w nadrukach, przedtem był wkurzony, teraz japa mu się śmieje. Dla miłośników minifigurek: jest co zbierać, ale jak nie ma się ciśnienia na każdą możliwą wersję, spokojnie większość pozycji z tej edycji można sobie darować.

PS. Notka powstawała ZANIM obejrzałem film. Po seansie nasuwają się kolejne wnioski, ale to w kolejnej, już spojlerowej notce.

Niesamowite, że seria której pierwszy numer powstał ponad 50 lat temu, wydawana w dziwnych czasach, przepełniona propagandą, jedynym słusznym spojrzeniem na organy władzy czy cenzurą, cieszy się w dzisiejszych czasach sporą estymą. W sumie, nie ma się co dziwić, scenariusze zdarzały się całkiem przyzwoite, a i graficznie często trafiały się perełki. No i najważniejsze, działa tutaj ogromna siła nostalgii! Obecnie serię Kapitan Żbik wznawia wydawnictwo Ongrys, i chyba przyjęła się nawet dzisiaj całkiem dobrze, a niektóre nowe wydania nawet doczekały się wersji z różnymi okładkami!

Były próby, niestety nieudane, z kontynuacjami, pojawiły się także pastisze czy „tributy”. Okazuje się także, że obecnie w sprzedaży jest seria, która mocno nawiązuje do Kapitana i jest swoista parodią czy wręcz karykaturą postaci i wydarzeń znanych z Kolorowych Zeszytów.

Kapitan Szpic doczekał się już dwóch zeszytów, w zapowiedziach jest kolejny. Sama lektura jest dość przyjemna, i mimo, że pojawia się tu scenariusz, to tak naprawdę jest to zbiór swoistych skeczy, bardzo mocno nawiązujących do samych przygód Kapitana Żbika, ale znajdziemy tutaj także sporo zabaw słownych, czy też mniej lub bardziej niewybrednych dowcipów sytuacyjnych.

Wydanie bardzo ładne, świetna okładka, doskonały papier i druk. Także rysunki niezwykle bawią, widać tutaj ewidentnie mieszankę stylów takich rysowników jak Baranowski czy Pawel, ale na szczęście, nie znajdziemy tutaj bezpośredniego małpowania. Zresztą w drugim tomiku zaproszono na gościnne występy Baranowskiego, Skrzydlewskiego oraz Kiełbusa. Każdy z tych rysowników użyczył jednej swojej postaci, którą możemy gdzieś w tomiku znaleźć na wybranych kadrach. I nie jest to wcale łatwe zadanie, gdyż postacie w gościnnych występach należą raczej do mniej znanych z twórczości wymienionych artystów!

I tak prezentują się albumy, pełne humoru i nawiązań, jednak przynajmniej dobra znajomość Kolorowych Zeszytów jest tu wręcz wymagana, tak więc lektura skierowana jest raczej do starszych czytelników. Nie są to także książeczki dla najmłodszych, co mogły by sugerować rysunki. To swoiste podziękowanie, hołd złożony Kapitanowi i tamtym czasom, i jeżeli trafią na odpowiedni grunt, kapitan Szpic będzie świetną zabawą. Mnie rozbawił, a podczas drugiego czytania wyłapałem jeszcze sporo smaczków, więc tym bardziej była to satysfakcjonująca lektura. Dla miłośników Żbika, pozycja obowiązkowa!

Kapitan Szpic i Wielki Cyrk
Kapitan Szpic i Czarna Niechcesete
Scenariusz: Daniel Koziarski, Artur Ruducha
Rysunki: Artur Ruducha

Zapraszam do pozostałych części cyklu wspominkowego o kapitanie Żbiku:

Serdecznie witam w czwartym a jednocześnie przedostatnim odcinku przewodnika Jak czytać Marvel NOW!. Dla przypomnienia, część pierwsza poświęcona była mutantom, druga pajączkowi, a trzecia różnym krótszym seriom. Dzisiaj natomiast nieco lżejszy temat. Czyli dwie serie, które zbierają bardzo skrajne opinie, jednocześnie poszczególne tomy potrafią różnic się znacznie od siebie klimatem, dużo tu lepszych ale jednocześnie i gorszych momentów, mamy także motywy poważniejsze jak i zupełnie abstrakcyjne.

Dwie serie:
Deadpool (10 tomów)
Thunderbolts (5 tomów)

Dodatkowo wydawca zaserwował nam pojedyncze historie:
Hawkeye kontra Deadpool
Tajne Wojny Deadpoola

Deadpool

Tom 1: Martwi prezydenci (Deadpool #1-6)
Tom 2: Łowca dusz (Deadpool #7-12)
Tom 3: Dobry, zły i brzydki (Deadpool #13-19)
Tom 4: Deadpool kontra Shield (Deadpool #20-25)
Tom 5: Wyzwanie Draculi (Deadpool: Dracula’s Gauntlet #1-7)
Tom 6: Deadpool się żeni (Deadpool #26-28, Annual #1)
Tom 7: Grzech pierworodny (Deadpool #29-34)
Tom 8: Axis (Deadpool #35-40)
Tom 9: Wszystko, co dobre (Deadpool #41-44, #250)
Tom 10: Deadpooliana wybrane (Deadpool Annual #2, Deadpool Bi-Annual #1, Death of Wolverine: Deadpool & Captain America #1, Deadpool vs Thanos #1-4)

Deadpool 1-4
Deadpool 1-4

Deadpool 5-7
Deadpool 5-7

Deadpool 8-10
Deadpool 8-10

Deadpool stał się prawdziwą gwiazdą, na co niewątpliwie wpływ miały dwa bardzo udane filmy kinowe. Nic więc dziwnego, że w naszym kraju seria poświęcona tej postaci z Marvel NOW! rozrosła się aż do dziesięciu tomów i dwóch dodatkowych pojedynczych wydań. Warto także zaznaczyć, że Deadpool także otrzymał serię w ramach Marvel Classic, gdzie możemy poznać początki tej postaci, a także często można go spotkać w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela.


Deadpool z Marvel Classic (seria liczy już parę tomów) oraz z WKKM

Klimat Deadpoola z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, humor jest specyficzny, czasem subtelny, czasem rynsztokowy, sporo tu najróżniejszych nawiązań, także mrugnięć okiem do czytelnika. Już pierwszy tom to jazda bez trzymanki, gdyż jak sam tytuł wskazuje, powracają martwi prezydenci USA. Poważnie, wracają i nieźle rozrabiają. W kolejnych tomach otrzymujemy przepięknie ukazane opowieści z przeszłości, wiele gościnnych występów (w tym Spider-mana, Wolverine’a czy Kapitana Ameryki) i poważniejsze, a nawet wzruszające momenty. Tom 5 to pojawienie się Draculi, a więc i mnóstwa potworów. Oprócz tego zawitają tu  Blade’a, Thunderbolts, oraz przepiękna pani, która już w kolejnym tomie stanie się Panią Deadpoolową. Szkoda, że ten motyw w przyszłości nie został bardziej wyeksponowany. W bonusie świetna rozkładówka z mnóstwem postaci, na szczęście załączono przewodnik, kto jest kim. Kolejne tomy nawiązują do eventów Grzech Pierworodny i Axis, ale spokojnie funkcjonują niezależnie, i nie wpływają jakoś bardzo na nie, ani też ich znajomości nie jest bezwzględnie wymagana. Opowieść trwa, seria kończy się na 9 tomie, natomiast tom 10 to zbiór dodatkowych opowiadań. Polski wydawca kontynuuje serię w ramach Marvel NOW!2.0, tak więc z pewnością Deadpoola nam nie zabraknie.


Deadpool w Marvel NOW! 2.0


Hawkeye kontra Deadpool & Tajne Wojny Deadpoola

O Hawkeye kontra Deadpool wspominałem przy okazji opisu serii Hawkeye, dla przypomnienia, to jednotomowa opowieść kryminalna z dwójka tytułowych postaci. Przyzwoita, lekka, bardzo przyjemna lektura.

Tajne Wojny Deadpoola tytułem oczywiście nawiązują do wielkiej kumulacji Marvel NOW!, jednak ten tom to tak naprawdę przedstawienie wydarzeń owszem, z Tajnych Wojen, ale tych z 1984 roku, które w naszym kraju zostały wydane w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Deadpool w nich nie występował, ale ten tom pokazuje, co by było, gdyby jednak uczestniczył w tym evencie. Raczej jako ciekawostka, i to zupełne zbędna.


Oryginalne Tajne Wojny w WKKM tom 26 i 40

 

Thunderbolts

Tom 1: Bez pardonu (Thunderbolts #1-6)
Tom 2: Czerwony postrach (Thunderbolts #7-12)
Tom 3: Nieskończoność (Thunderbolts #13-19)
Tom 4: No Mercy (Bez litości) (Thunderbolts #20-26)
Tom 5: Punisher kontra Thunderbolts (Thunderbolts #27-32, Annual #1)

Thunderbolts 1-3
Thunderbolts 1-3

Thunderbolts 4-5
Thunderbolts 4-5

Thunderbolts to specjalny odział, wybrany i dowodzony przez Generała Rossa czyli Czerwonego Hulka, w skład którego wchodzą takie postacie jak Agent Venom, Punisher, Elektra, Deadpool, a także Czerwony Leader i Mercy. Jak widać, składanka dość oryginalna, i nie można odnieść wrażenia, że serię sklecono tylko po to, by wrzucić bardzo popularne postacie, bo to się po prostu sprzeda. Pierwszy tom przedstawia wydarzenia w sposób bardzo poważny, a wrażenie takie potęgowane jest przez rysunki Dillona, który może świetnie wypadł w samym Punisherze, czy oczywiście Kaznodziei, tutaj jednak coś nie gra. I podobnie jest w tomie drugim. Tom trzeci, nawiązujący do eventu Nieskończoność, ale spokojnie może być czytany niezależnie (i standardowo, nie mający wpływu na sam event), to diametralna zmiana podejścia. Zmienia się rysownik, rysunki są mocno karykaturalne, jednocześnie otrzymujemy mocno oderwane od rzeczywistości motywy, a także całkiem sporo humoru. I to się sprawdza, i wreszcie Thunderbolts da się czytać! Później jeszcze ekipę zasili Ghost Rider, pojawiają się całkiem fajne elementy scenariusza, kwitną romanse, a rozwałki oczywiście nie brakuje. I mamy sporo gościnnych występów, szczególnie w ostatnim tomie. Warto dać serii szansę, i nie zrażać się pierwszymi dwoma tomami. Thunderbolts zaczynają się od trójeczki.


Thunderbolts z WKKM to zupełnie coś innego.

Zarówno Deadpool jak i Thunderbolts to jak już wspominałem, serie nierówne, i z pewnością, nie każemy  przypadną do gustu. Jednak obu warto dać szansę, tylko należy uważać, by nie trafić na te słabsze tomy, w przypadku Thunderbolts do takich można zaliczyć z pewnością dwa pierwsze tomy. Mimo, że niektóre opowieści z obu serii nawiązują do większych eventów, to jednak serie można czytać bez problemu niezależnie.

Ech, Marvel Now!2.0 już w pełni rozkwita, otrzymujemy takie perełki jak Vision czy Impas, a tu jeszcze trzeba nadrobić całych Avengers. Chyba mi zejdzie trochę, gdyż zamierzał także czytać w miarę regularnie to co wychodzi na bieżąco. Może taki misz-masz, ale chciałbym zaznaczyć, że ci z Was, którzy zamierzali przestać zbierać Marvel Now! po Tajnych Wojnach, niech poważnie przemyślą swoją decyzję.