Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Jerzy Wróblewski’

Dawno nie było nic o komiksach, szczególnie tych starszych wiekiem, więc dziś, tak dla rozgrzewki, szybkie wspominki o pewnych trzech tytułach, które łączy parę wspólnych cech. Wszystkie trzy dotyczą sportowej tematyki, każdy został narysowany przez innego, ale bardzo znanego i cenionego artystę, i z wszystkich wylewa się propaganda. Ale nie skupiajmy się o propagandzie, wszak wiadomo kiedy komiksy te powstały, a zobaczmy co mają dziś do zaoferowania.

Komiksy Sportowe 01

Czwartą cecha wspólną, przynajmniej w moim przypadku, jest niestety stan tych pozycji: tutaj, jaki widzicie na zdjęciu, wręcz tragiczny. Wyobraźcie sobie, że zeszyt ze środka miał oblepiona okładkę zwykłą taśma klejącą! To oczywiście nie mój pomysł, taka już używkę lata temu zdobyłem, na szczęście taśma jakimś cudem się odkleiła, i nawet okłada nie została uszkodzona, choć widać na niej wyraźne przebarwienia.

To co my tutaj mamy? Od lewej patrząc:

Polacy na olimpijskich arenach, rysunki Jerzy Wróblewski, Sport i Turystyka 1980, 1985

Od Walii do Brazylii: X Piłkarskie Mistrzostwa Świata, rysunki Grzegorz Rosiński, Sport i Turystyka 1975

Rycerze Fair Play, rysunki Bogusław Polch, Sport i Turystyka 1986

Komiksy Sportowe 02

Wróblewski, Rosiński i Polch. Wybitna trójka naszych rysowników, otrzymała zacne zadanie: propagowanie zdrowego trybu życia wśród miłośników komiksów. Żeby żaden z czytelników zbyt długo nie zasiadał przed kolorowymi zeszytami, i nabrał ochoty na trochę ruchu.

Jak wyszło? Proszę bardzo, zobaczcie sami!

Jerzemu Wróblewskiemu przypadło w udziale ukazanie sukcesów polskich olimpijczyków. I wyszło z tego dziwne dziełko, w którym nie otrzymujemy ani krzty akcji czy treści, za to wręcz zalewa nas potok faktów. Co jednak należy uczciwie przyznać, podanych w całkiem zjadliwy sposób. Pojawia się jakiś dialog, myśl, komentarz, większość faktów ubrana została w nieźle dobrana słowną otoczkę, a przez to komiks czyta się całkiem przyjemnie. Oczywiście wielka w tym także zasługa Wróblewskiego, który nawet tutaj potrafił pokazać swój wielki kunszt, choć nie da się ukryć, że skupił się głównie na „pierwszym planie”. Postacie którym poświęcono tę publikację zostały narysowane z odpowiednią pieczołowitością, niestety dalsze plany już zostały ewidentnie naszkicowane na szybko i bez większej dbałości o szczegóły.

Komiksy Sportowe 03

Komiksy Sportowe 04

Komiksy Sportowe 05

Komiksy Sportowe 06

Komiksy Sportowe 07

O ile Wróblewski musiał zaprezentować wiele dziedzin sportu, to Rosiński skupił się tylko na piłce nożnej. Jak mam być szczery, kiedyś, za dzieciaka, uważałem ten albumik za wyjątkowo brzydko narysowany. I w sumie teraz, przypominając go sobie, niewiele się zmieniło. To Rosiński za którym nie przepadam, acz nie można mu odmówić już niezłej zabawy z portretowaniem twarzy. Czasem wychodzi mu to doskonale, a czasem wręcz tragicznie. Gdy jeszcze otrzymujemy wyraz twarzy zahaczający o karykaturę, to jest nieźle, niestety momentami nasuwa się porównanie z bulwą ziemniaka. Komiks mimo to czyta się nieźle, zresztą nawet słaby Rosiński to nadal klasa sama w sobie, a i treści jest tu całkiem przyzwoita ilość.

Komiksy Sportowe 12

Komiksy Sportowe 13

Komiksy Sportowe 14

Komiksy Sportowe 15

Komiksy Sportowe 16

Polch w albumie Rycerze Fair Play to Polch któremu bliżej do Funky Kovala, widać już tu wyrobiona rękę i tą cudowną dbałość o szczegóły. Pojazdy można długo podziwiać, a dynamiczne sekwencję obrazuje w bardzo udany sposób, zobaczcie choćby dwie słynne sceny: kraksy na torze formuły, oraz niefortunnego zderzenia na piłkarskim boisku. Także postacie ludzkie odwzorowane są niezwykle udanie, zresztą główną rolę powierzono tu osobnikowi z twarzy dość znajomemu, prawda? Całość albumu jest w miarę spójna fabularnie, choć niestety nie nawiązujemy żadnego mocniejszego powiązania z głównymi postaciami, ot po prostu towarzyszymy im zarówno w roli kibica jak i sportowca w najróżniejszych wydarzeniach sportowych. Najważniejsze tu jest postępowanie z honorem, z uszanowaniem zasad Fair Play, które zostało w albumie ukazane całkiem zgrabnie, choć niestety nie uniknięto zbyt wyrazistego i namolnego smrodku dydaktycznego.

Komiksy Sportowe 08

Komiksy Sportowe 09

Komiksy Sportowe 10

Komiksy Sportowe 11

Takie oto trzy cudeńka. Czy warto dzisiaj po nie sięgnąć? Przeczytałem je ponownie w jeden wieczór i bawiłem się całkiem nieźle. Ale głównie z powodu rysowników, po prostu podziwianie tak wielkich artystów w tak podobnych, a jednocześnie zupełnie rożnych publikacjach, jest prawdziwa przyjemnością!

Reklamy

Read Full Post »

Jerzy Wróblewski ostatnio często gościł na blogu, czy to w cyklu o Kapitanie Żbiku, czy też choćby w notce wspominkowej. I nie bez powodu, gdyż dla mnie był on jednym z największych twórców komiksowych czasów PRLu, a obecnie bliżej z jego losami możemy zapoznać się dzięki książce Macieja Jasińskiego: „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych”, o której zresztą także wspominałem już na blogu. Ale teraz jestem świeżo po lekturze i chętnie podzielę się z Wami wrażeniami.

Od strony technicznej, książka na pierwszy rzut oka wypada bardzo przyzwoicie: format A4, miękka oprawa i ponad 140 stron, drukowanych zarówno w czerni jak i w kolorze, zapowiada się całkiem nieźle. Okładka to zlepek kadrów z najróżniejszych komiksów autorstwa Wróblewskiego, i jeżeli kojarzycie wszystkie, lub choćby większość, to od razu zapowiadam: ta książka jest dla Was.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 01

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 02

Zawartość połyka się dość szybko, dosłownie dwa wieczory i już. Mimo że tekstu jest sporo, to zastosowano dość dużą czcionkę, przez co dość często przewracamy strony. Ale też Jasiński pisze bardzo płynnie, tak więc tym bardziej przez książkę wręcz się płynie, oczywiście nie zapominając by zatrzymać się na przykładowych grafikach.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 03

Książka przedstawia losy Wróblewskiego w sposób chronologiczny, zaczynamy więc od jego dzieciństwa, by poznać od razu także nieco jego życie prywatne oraz jego pasje. Później otrzymujemy przeprawę przez jego twórczość, która na początku zaistniała w komiksie prasowym. Dziennik Wieczorny i „Tajemnica czarnej teczki” to początek kariery Wróblewskiego. W sumie powstało prawie 70 rysunkowych cykli, które skutecznie pozwoliły wyrobić mistrzowi „rękę”. Podczas służby wojskowej Wróblewski nadal mógł rysować, a jego współpraca z gazetami owocowała toną rysunkowych historii, utrzymanych zarówno w poważniejszym tonie, jak i humorystycznych. Jednak Wróblewski pragnął rysować „prawdziwe komiksy” „takie z dymkami„, wreszcie udało mu się nawiązać współpracę z wydawnictwem Sport i Turystyka, gdzie wpierw przejął serię „Podziemny Front„, a w końcu został etatowym rysownikiem cyklu o Kapitanie Żbiku. Jak to wszystko dokładnie wyglądało, w tym mnóstwo listownej korespondencji, świetnie zostało ukazane w książce, szkoda jedynie, że autor nie poświęcił więcej miejsca na przykładowe szkice, okładki, czy strony. Być może okładki choćby serii o Żbiku są dobrze znane każdemu miłośnikowi twórczości Wróblewskiego, ale chętnie jednak zobaczyłbym takie zestawienie w tejże publikacji. To samo tyczy się wcześniej wspominanych komiksów prasowych – obecnie można na rynku znaleźć ich wznowienia, ale chętnie zobaczyłbym więcej przykładów, jak to wtedy wyglądało.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 04

W rozdziałach poświęconych współpracy rysownika z Relaxem i Światem Młodych ponownie znajdziemy wiele niezwykle ciekawych wspominek i zawiłości z tamtych lat. Z ogromnym zaciekawieniem poznaje się kulisy powstania serii o Złotej Maczecie i jej kontynuacji czy też pojedynczych albumów. Perełką są opowieści, jak to Wróblewski próbował nawiązać współpracę z wydawnictwem Marvel, czy też jak starł się z osobnikiem bezczelnie kopiującym jego twórczość.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 05

Także niezwykle ciekawie poznaje się losy powstawania Biblijnego dyptyku, ilustracji do sporej liczby książeczek dla najmłodszych, czy wreszcie współpracy z Mirosławem Stecewiczem, czyli autorem serii książek i komiksów opowiadających o przygodach na wyspie Umpli Tumpli. Zaprezentowane w książce ekspresywne listy Stecewicza są naprawdę niezwykłą lekturą!

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 06

Ostatnie rozdziały popadają w nieco smutniejszy nastrój, „zmierzch systemu wydawniczego” odbił się znacząco na polskich twórcach komiksowych, i wielu z nich miało problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Na szczęście przed Wróblewskim otwierały się nowe możliwości, powstawał magazyn z którym miał współpracować. 7 sierpnia 1991 roku świętował w rodzinnym gronie swoje pięćdziesiąte urodziny. Trzy dni później zmarł…

Książkę zamyka rozdział o niezrealizowanych projektach, oraz wspominki współczesnych twórców komiksowych. Wisienką na torcie są próbne plansze, ilustracje, grafiki, w tym autoportrety.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych 07

Książka Jasińskiego to wspaniały hołd oddany Wróblewskiemu, autor zawarł w niej mnóstwo ciekawostek i wspominek o wielkim twórcy, a sporą wadą publikacji jest fakt, że po prostu chciałoby się więcej. Więcej szkiców, grafik, przykładowych plansz. Nawet kosztem zwiększenia stron, takie uzupełnienie byłoby niezwykle cenne, mimo, że większość czytelników niniejszej publikacji zapewne w biblioteczce posiada sporo z albumów na których widnieje nazwisko Wróblewskiego.

Natomiast co do tekstu, to momentami wkrada się w niego nieco chaosu i zbędnych przeskoków czasowych. Ale nie przeszkadza to bardzo, natomiast czasem chciałoby się także poczytać coś więcej. Także o prywatnym życiu mistrza, o którym dowiadujemy się sporo, ale ponownie, pozostaje spory niedosyt. Dobrze byłoby także poświecić trochę akapitów realiom tamtych czasów, choćby w nawiązaniu do gaży, jaką Wróblewski otrzymywał za swoje prace. Często znamy ją, głównie z listów od redaktorów, jednak nijak nie można skojarzyć, czy było to „dużo, wystarczająco,  czy mało”.

Książkę „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych” przeczytałem w dwa wieczory i lektura bardzo mnie usatysfakcjonowała. Tym bardziej, że dotyczy jednego z moich ulubionych twórców komiksów. Dowiedziałem się wiele nowych rzeczy, i cóż, chciałbym dowiedzieć się jeszcze więcej! Ale takiemu pragnieniu, zapewne nie będzie końca! Książkę oczywiście jak najbardziej polecam, choć z zastrzeżeniem, że nie będzie to lektura dla każdego!

Read Full Post »

Kapitan Zbik 12

50-53: „St. Marie” wychodzi w morze…, Nie odebrany telegram, Ślady w lesie, Smutny finał. „Za godzinę wychodzimy w morze, a Hansa jeszcze nie ma.” Tymi słowami, które padają z ust kapitana statku, rozpoczyna się ostatnia przygoda Żbika. Hans znikł jak kamień w wodę, tak więc sprawą musi zająć się Milicja. I to osobiście sam Major Jan Żbik, tym razem Kapitanowi Michałowi pozostawione zostają bieżące sprawy. W drodze na wybrzeże Major odwiedza Muzeum w Waśniewicach, gdzie spotyka się z Krystyną, kustosz tegoż muzeum. I tu zaskoczenie! Między nim a Krystyną wyraźnie czuć chemię! No proszę, nasz wydawało się w pełni poświęcony pracy zawodowej Żbik ma jednak jakieś życie prywatne, a nawet uczuciowe! A swoją drogą, pamiętacie zeszyt 21 i 22? Tam Żbik prowadził sprawę w muzeum, tyle że w Waśnicach, i poznał tam również piękną Panią Kustosz. Tyle, że na imię miała Danuta. Niby inne miejsce, niby inna osoba, ale jednak tyle wspólnych cech, szkoda jednak, że scenarzysta nie pociągnął tamtego wątku…

Wracając jednak do głównej, kryminalnej osi scenariusza i tajemniczego zaginięcia. Niestety, historia zupełnie nie porywa. Co więcej, pierwsze trzy zeszyty to dosłownie ściana tekstu, ogrom przesadnie rozbudowanych dialogów, i praktycznie zero akcji. Owszem, sprawa się posuwa do przodu, pojawiają się nowe postacie, wątki itp, ale jest to wszystko trochę zbyt bardzo miałkie, bez polotu. Wróblewski rysuje jak najbardziej poprawnie, ale i on nie ma się gdzie wykazać. W czwartym zeszycie pojawia się nieco więcej akcji, i nawet delikatnie czuć napięcie, choć zachwytów nadal nie ma nad czym roztaczać.

Cała sprawa kończy się oczywiście kolejnym sukcesem Majora Żbika, który kwituję ją tymi oto słowami: „(…) Moja rola skończona…„. Mimo, że podsumowuje tylko zamknięcie sprawy, to słowa te idealnie zamykają cały cykl. Jest to ostatni dymek ostatniego, 53 zeszytu serii „Kolorowe Zeszyty” i koniec przygód Kapitana, a później Majora, Żbika.

We wstępie do ostatniego zeszytu Żbik wspomina, jak po raz pierwszy na ramach serii spotkał się z czytnikami – prawie 20 lat wcześniej! Szmat czasu! Major tłumaczy, że zgodnie z wolą przełożonych przechodzi do innej odpowiedzialnej pracy, dziękuje czytelnikom i współpracownikom, i ma szczerą nadzieję, że za jakiś czas wydawnictwo wznowi serię. Niestety, tak się nie stało, jednak powodem zamknięcia serii nie było odsunięcie Żbika, a realia tamtych czasów. Był rok 1982, trwał stan wojenny, komendant MO, Generał Tadeusz Beim stwierdził, że „młodzież wcale nie musi kochać milicji. Musi ją szanować. Musi się jej bać.” Zbiegło się to też z problemami finansowymi wydawnictwa. I tak Żbik odszedł do innych spraw. Pozostało seria licząca 53 zeszyty, które obecnie stanowią niezwykłą podróż w historię polskiego komiksu, pokazując przekrój przez twórczość wielu niezwykle utalentowanych grafików. Scenariusze, jak w każdej większej serii, prezentowały różny poziom, ale było co poczytać, a większość historii śledziło się z prawdziwą przyjemnością. Warto czasem powspominać tamte czasy, nawet w otoczce propagandy i cenzury.

Seria Kolorowe Zeszyty dobiegła końca, natomiast co do wspominek na blogu, jeżeli będziecie mieli ochotę, chciałbym pociągnąć cykl nieco dalej. Będzie jeszcze trochę o Żbiku, czyli przedstawię parę zeszytów nie wchodzących w skład klasycznej serii, a później chciałbym powspominać takie serie jak Złota Maczeta, Dziesięciu z Wielkiej Ziemi, Pilot Śmigłowca, Podziemny Front a i pewnie na przygody innego Kapitana kiedyś być może znajdzie się miejsce…

Kapitan Żbik (część1) Ryzyko
Kapitan Żbik (część2) Dziękuję Kapitanie!
Kapitan Żbik (część3) Zapalniczka z pozytywką
Kapitan Żbik (część4) W kolorze czerni
Kapitan Żbik (część5) Piękna pani kustosz i strzał za burtą
Kapitan Żbik (część6) Wąż, lew i salto śmierci!
Kapitan Żbik (część7) Wieloryb, rower i tajemniczy nurek
Kapitan Żbik (część8) Pułapka, dwa zakręty i dwanaście kanistrów
Kapitan Żbik (część9) Gdzie jest walizka?
Kapitan Żbik (część10) Kto zabił Jacka?
Kapitan Żbik (część11) Major zatrzymuje na granicy fiata

Read Full Post »

Dziś, w już przedostatniej części wspominek o Kapitanie Żbiku, tylko jedna opowieść, ale dość znacząca.

Kapitan Zbik 11

47-49: Granatowa Cortina, Skok przez trzy granice, Zatrzymać niebieskiego fiata. Zaczyna się wielkim wydarzeniem! Nasz dzielny i odważny Kapitan, za lata nienagannej służby, zostaje mianowany Majorem! Nominacja nie omija także Porucznika Michała, który od tej chwili zostaje Kapitanem. I w sumie niniejszą historię można by przemianować na „Kapitan Michał”, gdyż Żbik z racji nowych obowiązków, odchodzi nieco w cień, pozwalając działać młodszemu koledze. Wątek kryminalny zaczyna się jeszcze podczas uroczystości z okazji nominacji, Żbik, już Major, odbiera telefon z informacją o znalezieniu w Czechosłowacji zwłok niezidentyfikowanej kobiety oraz mężczyzny – polaka. Do sprawy deleguje Michała. I Michał jedzie, a akcja powoli przesuwa się do przodu. Niestety, troszeczkę za mało w tej opowieści właśnie akcji, a za dużo samego gadania – np.: druga część to przedstawienie podróży Kapitana Michała i Kapitana Volicka od miejsca do miejsca i prowadzenie przesłuchań. Czyta się to owszem, bardzo dobrze, ale historia pozostawia spory niedosyt.
Pierwszy numer trylogii we wstępie do zeszytu, czyli przemowie Kapitana – Majora do czytelników, zawiera bardzo fajną ciekawostkę. Otóż wstęp został opatrzony unikatowym zdjęciem Żbika z autografem! Oczywiście zdjęcie to tak naprawdę grafika, rewelacyjnie wykonana przez Jerzego Wróblewskiego!

Read Full Post »

42: Jaskinia zbójców (1976) Kapitan Ulf Jakobsen, duński policjant, przybywa do Warszawy na spotkanie z Kapitanem Żbikiem. Celem współpracy będzie Max Sleer, przestępca poszukiwany przez duńską policję, który w Polsce próbuje zakupić nielegalnie złoto i wywieźć je z kraju. W całą sprawę zamieszana jest Lidka, młoda dziewczyna, którą poszukuje rodzina i znajomi. Jest wydźwięk edukacyjny, jest przemyt, są niepokojące sytuacje, jest brawura i są nieźle skonstruowane sceny akcji. Żbik jest stanowczy, momentami ostry, nie boi się broni, a do tego po raz kolejny pokazuje, że doskonale zna judo. Może to nie najlepszy Żbik, ale historię czyta się z przyjemnością, a rysunki Wróblewskiego jak zwykle cieszą oko.

Kapitan Zbik 10

43-45: Kto zabił Jacka?, Tajemnicze światło, W potrzasku (1976-1977) „Kto zabił Jacka” – już ten tytuł zapowiada, że będzie się działo. I rzeczywiście, Jacek ginie, a nam robi się naprawdę smutno… A to nie jedyne zabójstwo, gdyż cała sprawa zaczyna się od zastrzelenia rolnika we wsi Borówkowo. Kapitan Żbik wkracza do akcji, jednocześnie poznajemy losy leśniczego, który boryka się z problemami z kłusownikami. Powraca motyw młodzieży, gdyż w roli głównej pojawią się dzieci leśniczego i ich kuzynostwo. Dzieciaki wakacje spędzają bardzo aktywnie, pomagając jak tylko mogą.. Będzie wiec okazja do opieki nad zwierzętami, łatania siatki w ogrodzeniu, dyżurów na wieży obserwacyjnej, ale także do ugaszenia pożaru. Wszystkie wydarzenia, w mniejszym lub większym stopniu, oczywiście są ze sobą powiązane, a my śledzimy zarówno przygody dzieciaków jak i Kapitana. Zresztą ich losy oczywiście się splotą, i nie obejdzie się bez obopólnej pomocy. Rysunkowo jest świetnie, nawet momentami za idealnie – Wróblewski wszystko kreśli z pietyzmem i choćby leśniczówkę przyozdabia mnóstwem przedmiotów, aż nieco do przesady. Trylogię pod względem scenariusza bardzo przyjemnie się połyka, choć nie zabraknie tu straszniejszych czy smutniejszych momentów. Wszystko się składa na naprawdę udaną historię, po którą warto sięgnąć.

46: Zerwana sieć (1977) Jednoodcinkowa historia, bardzo podobna do wcześniejszej trylogii. Las został zastąpiony tu gospodarstwem rybnym, leśniczy – kierownikiem tegoż gospodarstwa, jest motyw chętnej do pomocy młodzieży, są i kłusownicy. Oczywiście nie zabrakło i samego Kapitana Żbika, który sprawę jak zawsze doprowadził do szczęśliwego rozwiązania. Czyta się dobrze, jednak cała historia to jednak kalka trylogii z Jackiem, acz oczywiście sięgnąć po nią jak najbardziej warto.

Read Full Post »

Powracamy do Żbika oraz oczywiście do twórczości Jerzego Wróblewskiego. Dziś w sumie sześć albumów, w których zawarto pięć krótszych historii.

Kapitan Zbik 09

36: Kryptonim „Walizka” (1974) Na dworcu kolejowym w Poznaniu ginie neseser z bardzo ważnymi dokumentami. Okazuje się, że podobne kradzieże mają miejsce w całym kraju, miejscem przestępstwa są dworce kolejowe, a przedmiotem kradzieży są zawsze płaskie nesesery o sztywnych bokach. Do akcji wkracza Kapitan Żbik. Moment, Żbik zamiast sprawy o morderstwo czy przemyt zajmie się „zwykłymi” kradzieżami? Ano odpowiednio argumentuje to oficer dyżurny z MO w Poznaniu, wszak mamy do czynienia najprawdopodobniej z zorganizowaną szajką! Tak więc Żbik wkracza do akcji i dzięki odpowiednio zastawionej pułapce sprawę oczywiście udaje się rozwiązać, a sprawców złapać. W sumie to sprawcę, coś marna ta zorganizowana szajka… Scenariuszowo historię odbiera się bardzo dobrze, choć mamy trochę dziwnych i zupełnie niepotrzebnych przeskoków w akcji, które nieco psują ogólnie dobre wrażenia. Rysunkowo nic zarzucić nie można, choć Wróblewski nie miał gdzie tu rozwinąć skrzydeł. Warto przyjrzeć się dwóm nader udanym kadrom, pierwszy obrazuje przyjazd Kapitana do Bydgoszczy, kadr ten zawitał na okładkę książki Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych, a drugi to pierwsza całostronicowa ilustracja w tomiku – pokazująca krzątaninę na dworcu, i różne zachowanie oraz ubiory ludzi.

37: Gdzie jest jasnowłosa? (1974) Powraca tematyka młodzieży: głównym bohaterem historii jest Marek, który na wakacje zamiast nad obiecane przez rodziców morze, niestety ląduje u ciotki Zuli w nudnej miejscowości Leśne Łazy. Jak to w historiach kryminalnych bywa, pierwsze wrażenie bywa mylące, a wakacje Marka wcale do nudnych należeć nie będą. Zetknie się z podejrzanym elementem, weźmie udział w poszukiwaniu porwanej dziewczynki, spotka swojego idola (zgadnijcie kogo?), a w końcu wakacje przerodzą się w eskapadę do Bułgarii. Albumik połyka się bardzo szybko, akcja poprowadzona jest zgrabnie, a Wróblewski jak zwykle stanął na wysokości zadania i wszystkie składowe narysował wprost wzorowo.

38: SP-139-WA zaginął (1975) Ponownie w roli głównej występuje młodzież, jednak tym razem postaci powiązanych z historią jest więcej, do tego są w rożnym wieku: mamy więc grzeczną młodzież, która z powodzeniem rozwija swoje pasje, a także nieco starszy element, który ogólnie zapytuje tych pierwszych gnojków, czy „dają na jabłcoka czy chcą manto„? Opowieść toczy się wokół produkcji podróbek znaczków pocztowych, oczywiście nie zwykłych, a unikalnych „Zeppelinów” z 1906 roku. Mimo, że trochę za dużo tu gadaniny, to album przeczytać jak najbardziej warto: historia poprowadzona jest zgrabnie, a za rysunki odpowiada Wróblewski, więc jak zwykle, jest to najwyższa klasa.

39: Wyzwanie dla silniejszego (1975) Jeden z najbardziej rozpoznawalnych Żbików w całej serii. W jednej ze szkół działają Gitowcy, czyli grupa starszych uczniów, którzy okradają i biją maluchy, niszczą mienie i posuwają się nawet do gróźb w stronę nauczycieli (w tamtych czasach, sprawa bardzo poważna!). Jako przyjaciel młodzieży, do akcji wkracza Kapitan Żbik, jednak incognito jako nauczyciel judo, pokaże dzieciakom, jak się bronić samemu. Rysunki ani scenariusz nie zawodzą, album jak najbardziej, warto poznać.

40-41: Wodorosty i pasożyty cześć 1 & 2 (1976) W tej dwuczęściowej historii pozostawiamy tematykę młodzieży, by powrócić do klasycznej historii kryminalnej. Inżynier Gajda opracowuje rewolucyjną farbę antykorozyjną „Stega”. Wynalazkiem zainteresowane są najróżniejsze firmy, które posuną się do ostateczności, by tylko zdobyć wynalazek, a najlepiej, także inżyniera. Będą wiec włamania, napady, meliny, ciosy w kark, fałszywe przyjaźnie, a w końcu wypadek, z nieboszczykiem pod kołami.
– „Zabiłam człowieka! Przejechałam go! Nie żyje!”
– „Przejechała go pani, to fakt, ale czy zabiła?”
Scena ta nawet dzisiaj robi wielkie wrażenie, tym bardziej, że scenariusz całości poprowadzony jest naprawdę wartko, a i Wróblewski zilustrował go wprost perfekcyjnie! A kadr po wypadku można oprawić w ramki, mimo, że pokazuje tylko trzy twarze. Ale wyczytać z nich można naprawdę wiele.

Wszystkie zebrane dziś Żbiki mocno polecam, są lepsze lub gorsze, ale zachowują odpowiedni poziom i połyka się je, nawet dzisiaj, z prawdziwą przyjemnością!

Read Full Post »

I znowu będzie o prawdziwej legendzie, czyli szybka notka uzupełnieniajaca cyklu o Kapitanie Żbiku, a przede wszystkim o publikacjach autorstwa Jerzego Wróblewskiego. Obecnie na rynku pojawiło się wznowienie serii Binio Bill, a już niedługo (bo w maju) doczekamy się wiele obiecująco opracowania „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych„. W poprzedniej notce o tej publikacji marudziłem na przerysowaną okładkę, tymczasem okazuje się, że otrzymamy także okładkę złożoną z kadrów pochodzących bezpośrednio z historii Wróblewskiego. Potrafilibyście dopasować poszczególne grafiki do odpowiednich tytułów?

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych v2

Szerokiej publice Wróblewski jest znany przede wszystkim ze swoich albumów, ja prywatnie bardzo ciepło wspominam jego historie sensacyjne, a już zupełnie kultowym albumem jest dla mnie „Skradziony Skarb„! Na poniższym zdjęciu widnieje drugi mój egzemplarz tego tytułu – pierwszy najzwyklej w świecie zaczytałem za dzieciaka! Teraz sięgnąłem ponownie po tę historię, i nadal opowieść daje radę, a rysunki zupełnie się nie zestarzały! Także kultowe dla mnie były „Figurki z Tilos” z „diabłem a nie babą”, a potyczkę z terrorystami w „Czarnej Róży” śledziłem z wypiekami na twarzy. W tym towarzystwie najgorzej wypada „Fortuna Amelii” – krótka nowelka ewidentnie nawiązująca do Kapitana Żbika.

Wroblewski 01

Także w opowieściach historycznych Wróblewski czuł się jak ryba w wodzie, choć niestety tworzył w czasach, gdzie cenzura i propaganda dawała bardzo mocno o sobie znać. Ogromną klasę pokazał w kulturowym już albumie „Hernan Cortez i podbój Meksyku” gdzie szata graficzna wprost zachwyca na każdym kadrze. Bardzo dobrze czyta się „Zesłańców„, nieco nowszy album mistrza, co widać szczególnie po kadrowaniu. Przyjemne w odbiorze są dwa tomy z serii Polscy Podróżnicy: „Gdzie ziemia drży: O Ignacym Domeyce” oraz „Sam na afrykańskim pustkowiu: O Antonim Rehmanie„. Seria składała się w sumie z pięciu zeszytów, ale pozostałe narysował już ktoś inny. „Diamentowa rzeka” to zbiór krótkich „pulpowych” historyjek, do których nawet pasuje forma wydania: album został wydrukowany tylko za pomocą czarnej farby na żółtym papierze. „Polonia Restituta. Cena Wolności” to sporych rozmiarów dzieło (prawie 100 stron!), na kartach którego przedstawiono wydarzenia z lat 1914 – 1919. Pierwsza Wojna Światowa i odradzanie się Rzeczpospolitej to temat ciekawy, niestety album, mimo posiadania paru lepszych momentów, jest niebyt strawny i po prostu ciężki w odbiorze.

Wroblewski 02

Na swoim koncie Wróblewski ma nawet historie nawiązujące do mitów oraz oparte na Bibli! I wyszło mu to naprawdę zgrabnie, widać, że czuł temat. Szczególnie przyjemnie obcuje się z mitami greckimi podanymi w naprawdę rewelacyjnej otoczce, tu sprawdził się zarówno scenariusz a i Wróblewski miał sporo miejsc, by pokazać swój talent. Także Biblia w wersji komiksowej jest przyjemną lekturą i aż szkoda, że skończyło się tylko na dwóch albumach.

Wroblewski 04

Oczywiście Wróblewski rysował także swoje ulubione westerny, nie stronił od opowieści szpiegowsko – propagandowych, zahaczył także o Science Fiction.

Wroblewski 03

Binio Bill nie był jego jedyną humorystyczną serią, spod jego ręki wyszły choćby cztery albumy (w tym jedna kolorowanka w formie niemego komiksu) z serii Umpli Tumpli (na poniższym zdjęciu tylko dwa albumy, co ciekawe wydane w różnym formacie).

Wroblewski 05

A była jeszcze Tajemnica Złotej Maczety, Dziesięciu z wielkiej ziemi, Wilk w matni, Polacy na olimpijskich arenach, ale o tym będzie w osobnej notce.

Należy pamiętać, że powyższe tytuły to tylko wycinek z twórczości Wróblewskiego, ten, który ukazał się w wysokonakładowych albumach. Oprócz tego Wróblewski zilustrował około 70 historii (ponad 4000 odcinków!) dla Dziennika Wieczornego z którym współpracował przez prawie 20 lat! W 1990 roku była próba wystartowania z serią zbierającą te historię w serii albumów, niestety skończyło się tylko na jednym: Leworęki. Obecnie jednak sztuka ta udała się niezastąpionemu wydawnictwu Ongrys, które do obecnej chwili wydało osiem zeszytów zbierających wybrane historyjki z Dziennika Wieczornego! Oczywiście w planach jest kontynuowanie serii i mam szczerą nadzieję, że uda się wydać dosłownie wszystko!

Wroblewski 06

Wroblewski 07

Jerzy Wróblewski jak najbardziej zasługuje na pamięć o nim, był nieprzeciętnym artystą, do tego tytanem pracy, który pozostawił po sobie sporo dobra. W jego twórczości znajdziemy opowieści o najróżniejszej tematyce, co tylko udowadnia jego wprost niesamowitą elastyczność. Oczywiście zdarzały się historie gorsze i obecnie miej strawne, ale zazwyczaj wynikało to z działań cenzury i propagandy, a Wróblewski po prostu kochał rysować, i nie bał się zabrać za nieco bardziej niewdzięczną pracę. Większość jego historii i obecnie czyta się wyśmienicie, a po takie tytuły jak Legendy Wyspy Labiryntu, Podbój Meksyku czy opowieści sensacyjne koniecznie należy sięgnąć!

Read Full Post »

Dziś znowu będzie o Jerzym Wróblewskim. Jak zapewnie wiecie, zasłynął on głównie jako autor historii o niezwykle realistycznym rysunku. Jednak nieobca była mu także kreska humorystyczna, a którą podziwiać możemy choćby w jego autorskiej serii Binio Bill.

Być może starsi z Was pamiętają przygody dzielnego szeryfa z miasteczka Rio Klawo. Oczywiście, jak to w tamtych czasach modne było, miał on polskie korzenie, i naprawdę nazywał się Zbigniew Bilecki. Większość jego przygód ukazała się tylko na ramach harcerskiej gazety Świat Młodych (ukazywała się trzy razy w tygodniu, w każdym numerze była jedna plansza komiksowa).

Wroblewski Binio Bill 1

Rio Klawo (1980, 10 stron)
Na szlaku bezprawia (1980, 1988, 12 stron)
Binio Bill i 100 karabinów (1981, 21 stron)
Binio Bill i trojaczki Benneta (1982, 1988, 19 stron)
Binio Bill kręci western i… w kosmos (1983, 1987, 32 strony)
Binio Bill i ciocia Patty (1984, 1 strona)
Śladami Kida Walkera (1986, 20 stron)

W wydaniu albumowym doczekaliśmy się dwóch historii:
Binio Bill i skarb Pajutów (1990, Krajowa Agencja Wydawnicza)
Binio Bill i Szalony Heronimo (2009, BBTeam)

Binio Bill i Szalony Heronimo został wydany już po śmierci Wróblewskiego, na podstawie odnalezionych w archiwach rodzinnych plansz, które wcześniej uważano za zaginione.

Wroblewski Binio Bill 0

Dziś Binio Bill powraca, a to za sprawą wydawnictwa Kultura Gniewu. Właśnie ukazał się pierwszy album w którym znajdziemy chyba najlepszą, a na pewno najbardziej oryginalną, historyjkę z przygodami dzielnego szeryfa. Zresztą tytuł dokładnie zapowiada, z jakiego rodzaju wydarzeniami będziemy mieć do czynienia. Wydawca album uzupełnił dodatkowo o jednostronicową historyjkę Binio Bill i ciocia Patty, tu akurat rozbitą na 3 strony, oraz obszerne posłowie. Co najlepsze, historia wcale się nie postarzała, i dzisiaj także doskonale się ją czyta i ogląda. Polecam, zarówno starszym, chcącym sobie przypomnieć tamte czasy, jak i młodszym, którzy chcieliby poznać, co i jak kiedyś się tworzyło. Album w formacie A4, w miękkiej oprawie i pełnym kolorze kosztuje 29,90 zł.

Wroblewski Binio Bill 2

Read Full Post »

31-32: Na zakręcie, Niewygodny świadek (1973). Do serii po raz ostatni zagląda Bogusław Polch, i wypada wprost doskonale! Szczególnie widać to po kadrowaniu oraz w eksperymentowaniu z umieszczaniem scen pod rożnymi, czasem nieco ryzykownymi, kątami. I to się sprawdza! Do tego rysownik zachwyca swoim przywiązaniem do szczegółów, szczególnie tych technicznych, jak np.: ukazany pod rożnymi kątami motocykl, w którym widać nawet bieżnik na oponach, a patrząc na walizkę z lekami można przeczytać, jakie marki się w niej znajdują. Oprócz szczegółów technicznych Polch zadbał o takie dynamiczne dodatki jak włosy i ich ruch: doskonale zarysował, jak się układają podczas nagłego obrotu głowy, czy też jak mierzwi je wiatr. Na twarzach natomiast widać wyraźnie różne odczucia, a zaskoczenie czy złość są wprost perfekcyjnie oddane! Na Żbikach aż z przyjemnością obserwuje się, jak doskonaliła się kreska Polcha, a te dwa zeszyty są bezsprzecznie pozycją obowiązkową dla miłośników jego twórczości. Tym bardziej, że scenariusz jest całkiem przyzwoity, i co ciekawe, przedstawia wiele osób o różnych motywach i powodach swoich postępowań, a te naprawdę są zróżnicowane, i nie zawsze czyste jak łza. Tłem wydarzeń jest przemyt medykamentów oraz tajemniczy wypadek z ofiarą śmiertelną. Sam scenariusz pozostawia wiele niedomkniętych wątków, ale czyni to z wyczuciem, i nie pozostawia w sumie czytelnika w niedosycie. Ot, nad paroma rzeczami pozwala się zastanowić, i zadumać, jak sami postąpilibyśmy w podobnej sytuacji. Jak dla mnie, jedne z lepszych Żbików w całej serii!

Kapitan Zbik 08

33-35: Dwanaście kanistrów, Zakręt śmierci, W pułapce (1973-1974) Od tej trylogii Jerzy Wróblewski już na stałe przejmuje pałeczkę na stanowisku rysownika serii. I w ogólnym rozrachunku sprawdza się bardzo dobrze, choć w całym dorobku zdarzają mu się oczywiście historie zarówno lepsze, jak i przeciętne, czy wręcz słabe. Niniejszą trylogię, mimo że czyta się całkiem miło, a jeszcze lepiej ogląda, to niestety można nazwać co najwyżej właśnie przeciętną. Niektóre dziury fabularne, głupotki, czy nieścisłości po prostu najzwyklej w świecie denerwują podczas lektury. Znowu pojawia się motyw przemytu, tym razem spirytusu, do tego nie obędzie się bez wielokrotnych prób zabójstwa, a i trup się w końcu pojawi (to w sumie nie spojler…). Wróblewski to świetny rysownik, jednak czasami nieco brakuje mu umiejętności nadania bardziej wyrazistych odczuć goszczących na twarzach poszczególnych postaci – zbyt często są one zbyt spokojne, opanowane, tak jakby bez wyrazu. Razi to tym bardziej, gdy po te zeszyty sięgnie się po lekturze choćby dwóch wcześniejszych albumów stworzonych przez Polcha, gdzie ekspresyjność postaci była zarysowana wprost nieprzeciętnie. Przeczytać można, i czyta się w sumie dobrze, gdyż dzieje się naprawdę dużo, ale wspominane nieścisłości czy dziury fabularne zbyt bardzo dają o sobie znać. No chyba, że w moich egzemplarzach ze starości powypadały strony i coś przeoczyłem.  😉

Read Full Post »

Uwielbiam kreskę Jerzego Wróblewskiego, obok Janusza Christy, to mój ulubiony komiksiarz tamtych czasów. I to właśnie od 28 zeszytu Żbików Wróblewskiemu przyszło przyjąć funkcję rysownika tej serii, i funkcję tę będzie sprawował, z jedną małą przerwą, aż do samego końca serii, czyli do 53 zeszytu! W sumie spod jego pióra wyszły więc aż 24 albumy serii! Od strony graficznej praktycznie nic Wróblewskiemu nie można zarzucić – postacie są wyraziste, kreska czysta, dokładna, powiedziałbym że wręcz perfekcyjna, acz zachowująca własną tożsamość. Widać doskonale przywiązanie Wróblewskiego do szczegółów, i to pod każdym aspektem: czy rysuje samochody, krajobrazy, pomieszczenia czy ubrania – zawsze wygląda to niezwykle realistycznie! Więcej o Wróblewskim niedługo będziemy mogli poczytać w nadchodzącym opracowaniu poświęconym jego osobie: Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych, a na blogu pojawi się jeszcze parokrotnie.

Ze zmianą rysownika poszła zmiana w podejściu do przedstawianych historii. Opowieści miały stać się w mniejszym stopniu sensacyjne i kryminalne, a bardziej skupić się na przygodach w których uczestniczy młodzież, czyli główni odbiorcy komiksów. Jednocześnie należało nie zapomnieć o odpowiednim aspekcie wychowawczym. I zmianę tę doskonale widać w trylogii o tajemniczym nurku.

Kapitan Zbik 07

28-30 Wieloryb z peryskopem, Wiszący rower, Tajemniczy nurek (1972-73) W głównej roli występują młodzi przyjaciele: Marek i Zbyszek, którzy wspólnie wyruszają na obóz harcerski. I tu już widać smrodek dydaktyczny: życie na obozie przedstawione jest wręcz w sposób krystaliczny, i to zarówno pod względem wizualnym, jak i patrząc na stosunki między uczestnikami. Sama akcja toczy się wokół pojawienia się na jeziorze tajemniczego wieloryba z peryskopem, który powoduje przewrócenie się łódki w której ryby łowiło dwóch miejscowych. Na szczęście nasi przyjaciele również wybrali się na ryby, a że doskonale pływają, a do tego, jak na harcerzy przystało, znają się na pierwszej pomocy, ratują pechowców i stają się (skromnymi) bohaterami. Tajemniczy wieloryb z peryskopem, to jak łatwo się domyślić, mała łódź podwodna. Do tego gumowa, i do końca nie wiadomo, jak zabiera pod wodą pasażerów na pokład. Niestety, dziury fabularne związane z głównym wątkiem są bardzo dobrze widoczne, i niestety zbyt wyraziste, a przez to potrafią irytować i denerwować przy odbiorze całej historii. Na szczęście w opowieści pojawiają się jeszcze inne wątki, a sama opowieść poprowadzona jest przez Wróblewskiego rewelacyjnie, i głownie dla jego rysunków warto sięgnąć po tę trylogię. Aha, sam Kapitan Żbik osobiście pojawia się dopiero w trzeciej części, wcześniej mimo że jest wspominany, to śledzimy tylko perypetie Marka i Zbyszka! I wypada to nadspodziewanie dobrze, gdyż rozwiązanie całej zagadki, podobnie jak gumowa łódź podwodna, pozostawia wiele do życzenia…

Dla chcących zgłębić temat polecam szkic krytyczny na blogu Kapitan Żbik – kultowy komiks PRL.

Read Full Post »

Jerzy Wróblewski wielkim artystą był. Ja wprost uwielbiam jego kreskę, zarówno tą realistyczną, jak i humorystyczną.  Oczywiście, pod względem scenariuszy bywało rożnie, tym bardziej, że publikował w innych czasach, gdzie cenzura i propaganda dawały wyraźnie o sobie znać, co akurat w sumie nic grafice nie umniejsza. Zresztą już w siódmej części opowieści o przygodach Kapitana Żbika pojawi się właśnie Wróblewski i będzie nam towarzyszył praktycznie do końca tej serii.

A już niedługo w sprzedaży pojawi się opracowanie traktujące o twórczości mistrza – ja już nie mogę się doczekać (mimo pomysłowej, ale niezbyt porywającej i zbyt dziecinnej, okładki). Więcej na np.: Gildii.

Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych

Read Full Post »

Sagi Ekspedycja, Funky Koval oraz Wiedźmin jakiś czas temu doczekały się pięknej reedycji w zbiorczych, grubaśnych tomach, dostępnych w twardej oprawie i w całkiem przyzwoitej cenie (nadal do kupienia, polecam poszukać w dyskontach!). Dodatkowo, poszczególne zeszyty można obecnie spotkać w kioskach (A4, miękka oprawa), wydawane są jako jakaś tam kolekcja (Kultowe polskie komiksy). Nie bez przyczyny wspominam o tych tytułach, gdyż posiadają jeden bardzo charakterystyczny wspólny mianownik, a mianowicie, we wszystkich tych tytułach za szatę graficzną odpowiadał Bogusław Polch. Jak wiemy, wyszło mu to czasem rewelacyjnie (np.: pierwsze dwa Funky Kovale, Ekspedycja) lub czasem nieco gorzej (pozostałe Kovale, Wiedźmin). Bezsprzecznie jednak można stwierdzić, że Polch w klimatach Science Fiction czuje się jak ryba w wodzie.

A jak sprawdził się w dłuższej opowieści sensacyjnej?

Kapitan Zbik 06

23-26: Nocna wizyta, Wąż z rubinowym oczkiem, Pogoń za lwem, Salto śmierci (1972) Historia rozłożona na cztery kolejne zeszyty scenariuszowo stoi na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście, jak to w Żbikach bywało, nie uniknięto dziur czy nieścisłości fabularnych, ale o perypetiach szajki złodziei i polujących na nich Kapitana czyta się doprawdy nieźle. W moim prywatnym rankingu: jedne z lepszych Żbików! Tym bardziej, że za rysunki odpowiada Bogusław Polch. Jak ktoś pamięta Żbiki (lub śledzi te wspominkowe notki), to doskonale wie, że Polch już wcześniej miał styczność z tą serią, jednak to w przypadku niniejszej, dość rozbudowanej czteroczęściowej historii, mógł pokazać swój rysunkowy kunszt. Co prawda nie jest to jeszcze poziom znany z Kovala, ale zeszyty i tak dostarczają nam odpowiednich wrażeń estetycznych. Choć mam jeden zarzut, a mianowicie, zbyt często rzuca się w oczy swego rodzaju przesadzona sterylność w kadrach, oraz coś, co nazwałbym „brakiem dynamiki”. Całościowo historię zapamiętałem z dzieciństwa bardzo dobrze, a i dzisiaj z przyjemnością do niej powróciłem. Z mojej strony polecam ten rozdział z życia Żbika. Aha, jako ciekawostka: drugie wydanie zeszytu „Salto śmierci” z powodu zaginięcia oryginalnych materiałów zostało od podstaw przerysowane. Miał się tym zająć sam Polch, ale nie zgodził się na ponowne wykonywanie tej samej roboty, stąd też do tej fuchy zatrudniono anonimowego artystę, jego nazwisko niestety nie pojawiło się nigdzie w zeszycie. Przerysowanie wyszło całkiem nieźle, choć kreska z drugiego wydania jest wyraźnie grubsza i „cięższa”, jak już macie wybór, to jednak lepiej sięgnąć po wydanie pierwsze.

27: Skoda TW 6163 (1973) Grzegorz Rosiński pod wieloma względami jest przeciwieństwem Polcha. O ile Polch przywiązywał wagę do czystości kadrów, a jego problemem był wspomniany „brak dynamiki”, to Rosiński dosłownie „płynął”, prezentując nam doznania wręcz filmowe. Jednocześnie często jego rysunki prezentują się nieco niedbale, acz braku szczegółów nie można im zarzucić. Niezaprzeczalnym atutem Żbików jest właśnie okazja do obcowania z początkami znanych polskich rysowników, i doskonała obserwacja różnic w ich stylach, oraz rozwoju tychże. Skodę TW 6163 scenariuszowo odbiera się bardzo dobrze – mimo zabójstwa wokół którego toczy się postępowanie, to całość poprowadzona jest dość lekko, i historię czyta się dosłownie jednym tchem. Jako ciekawostka: na jednym z kadrów „Żbik z grafologiem odwiedzają pewną szkołę”. Gdy do niej wchodzą, na pierwszym planie widzimy grupę dzieciaków którzy z zaciekawieniem czytają zeszyt „Człowiek za burtą„, czyli jedną ze wcześniejszych przygód Kapitana! Szkoda, że zaaferowane lekturą dzieciaki nie widzą, że ich bohater przechodzi dosłownie za ich plecami!

W następnej notce: Wróblewski!

Read Full Post »

Jako taka ciekawostka: większość zeszytów z serii Żbik z mojej kolekcji ma biały pasek z lewej strony. Zeszyty mają swoje lata, niektóre zakupiłem wieki temu używane, w stanie „nieco” podniszczonym, stąd też próba ich odnowienia – zabezpieczenia. A więc okleiłem grzbiety zwykłym gładkim papierem, takim z zeszytów, a jako łącznika użyłem słynnego kleju Wikol. Wtedy bardzo go lubiłem, nie, nie z powodu zapachu (bardzo charakterystycznego i… wyrazistego), ale z powodu jego mocy – był to w tamtych jedyny klej w miarę łatwo dostępny który miał prawdziwą moc. I używałem go głównie do sklejania kartonowych modeli z Małego Modelarza – sprawdzał się idealnie. Do grzbietów komiksów najwidoczniej też się nadawał – do dzisiaj nic się nie odkleiło!

Kapitan Zbik 05

20: Strzał przed północą (1971) We wsi Wólka Mała ktoś strzela do gospodarza Kopczyńskiego i jego córki, którzy dopiero co zasiedli do wspólnej kolacji. Strzał, na szczęście niecelny,  pada za otwartego okna, a sprawca szybko znika w mroku nocy. Mija miesiąc i ponownie nieznany sprawca oddaje strzał w stronę Kopczyńskich. Do akcji wkracza znany nam Żbik, który jak szybko się okazuje, wśród wielu umiejętności, zna się także doskonale na pracy w gospodarstwie. Rysuje Sobala, wiec rysunki zupełnie nie porywają, ale postacie da się rozróżnić, a i parę w miarę udanych kadrów da się tu odnaleźć. I nawet okładkę można uznać za bardzo udaną. Scenariusz przyzwoity, taki średniak, ale przyjemny w odbiorze.

21-22: Człowiek za burtą & Gotycka komnata (1972) Do Waśnic przyjechał nowy kustosz muzeum – Kazimierz Groński. I zaczyna się! Próby zabójstwa, tajemnicze komnaty, betonowe posadzki, skarby, niebezpieczne miny, czarna pantera… I Żbik, który np.: potrafi się nieźle przebrać. A na deser zbrodniarze wojenni. Choć nie, takim prawdziwym deserem jest Danuta Zawadzka! Między tą rudowłosą pięknością a Żbikiem wyraźnie czuć chemię, a kadr, gdzie Danuta patrzy na Żbika szeroko otwartymi oczami i trzyma palec na ustach wprost emanuje napięciem erotycznym. I te słowa: „Będę się czuła pewniej wiedząc, że pan jest w pobliżu„! Niestety, Żbik poświęcony jest swojej pracy, i cała sprawa kończy się jedynie serdecznym pożegnaniem przy kawce i papierosku. Rysuje Rosiński, którego rysunek wciąż ewoluuje. Tym razem kreska sprawia wrażenie bardziej delikatnej, choć niestety można także zauważyć, że w kadrach jest jakby mniej szczegółów. Ale i tak, jest co podziwiać, a poszczególne postacie w kresce Rosińskiego są bardzo wyraziste, charakterystyczne, i piękne, szczególnie kobiety, w tym wspomniana Danuta. Scenariusz bardzo dobry i przyjemny w odbiorze, dzieje się dużo, są zwroty akcji, także smutniejsze momenty, a dziury fabularne nie straszą. Jedne z moich ulubionych Żbików – mocno polecam!

Read Full Post »

Kolorowe zeszyty przepełnione były propagandą, mocnym idealizowaniem wizerunku Milicji, do tego wiele tematów pozostawało tematami tabu, a nad wszystkim panowały nożyczki wszechobecnej cenzury. Jednak w tamtych czasach komiksy były, podobnie zresztą jak wiele towarów (młodsi – zapytajcie rodziców, w niektóre opowieści obecnie momentami aż trudno jest uwierzyć!), towarem deficytowym. A Żbik w większości przypadków się sprawdzał, mimo cenzury, propagandy i dziurawych oraz naiwnych scenariuszy, czytało się to dobrze i łykało jak doskonałe opowieści sensacyjne. Dziś na te historie patrzy się zupełnie inaczej, ale dla starszych wiekiem czytelników bezsprzecznie działa czynnik nostalgii. To tak jak z klockami LEGO – wiele zestawów z lat 80 była kanciasta i prosta, ale jednocześnie pełna uroku. Dziś w ramach nostalgii, kolejne pięć numerów:

Kapitan Zbik 04

15: Kocie oko (1971) Po zuchwałym napadzie na bank, łupem złodziei pada dwanaście milionów złotych. Do akcji wkracza kapitan Żbik i porucznik Ola. Misternie przygotowany przez przestępców plan niestety niweczy ich głupota oraz brak wzajemnego zaufania… Za stronę graficzna odpowiada Zbigniew Sobala, który w pierwszych Żbikach zupełnie się nie sprawdził, a tutaj o dziwo, da się jego obrazki oglądać! A i poczytać jest co, gdyż otrzymujemy po prostu całkiem niezłą opowieść sensacyjna. A ostatnie dwa kadry wymiatają! Plus za okładkę, mimo że trochę jej brakuje, to jednak czuć napięcie!

16: Czarna Nefretete (1971) Jak w każdym Żbiku i tutaj znajdziemy dziury fabularne, i to momentami mocno wkurzające, ale scenariusz daje radę. Kolekcjoner dzieł sztuki, Jan Mirski, rano wychodzi na tajemnicze spotkanie. Niestety spacer kończy się tragicznie. Do akcji wkracza Jan Żbik. Za rysunki odpowiada Grzegorz Rosiński, i wciąż wyraźnie widać ewolucję jego stylu. W Czarnej Nefretete jest już lepiej niż dobrze – postacie są wyraziste, łatwe do rozpoznania, do tego Rosiński nie szczędzi szczegółów anatomicznych. A jakie piękne kobiety rysuje Rosiński! Także tła są perfekcyjnie dopieszczone – obojętnie czy to pokój na komendzie, czy sklep z dziełami sztuki – jest co podziwiać! No i ta okładka!

17: „Złoty” Mauritius (1971) Na zlecenie cudzoziemca, dochodzi do spektakularnego napadu na konwój przewożący unikatowy znaczek, tytułowy „Złoty” Mauritius. Scenariusz pędzi na złamanie karku, i jest nawet dziś bardzo przyjemny w odbiorze. Tym bardziej, że towarzyszą mu rysunki Polcha! Tak, zgadza się, za sterami zasiada Bogusław Polch, znany głównie z Kovala czy Ekspedycji. Tu już doskonale widać przywiązanie Polcha do szczegółów, choć większość jego kadrów jednak nieco straszy, powiedziałbym, plastikowością. Ale i tak, jest to bardzo wysoki poziom, a do tego sceny akcji ogląda się naprawdę z przyjemnością. A jak Żbik daje w zęby – cacuszko!

18: Czarny parasol (1971), 19: Studnia (1971) Feliks werbuje dwóch kieszonkowców, i razem dokonują napadu „na parasol” na Centralę Sprzętu Medycznego. Do sprawy oddelegowany zostaje Kapitan Żbik. Który oczywiście staje na wysokości zadania, choć pozytywne zakończenie to głównie wynik niesnasek wśród przestępców, przypadkowych świadków oraz… oparów malin… Scenariusz rozwleczony na dwa numery nie jest zbyt dynamiczny, ale czyta się to przyzwoicie, choć historia zupełnie nie porywa. Podobnie jak rysunki Andrzeja Kamińskiego, których poziom może nie straszy, ale jest gorszy niż to co pokazał choćby Sobala w Kocim Oku.

Read Full Post »

Daty, które umieszczam przy tytułach poszczególnych zeszytów, to daty pierwszej publikacji tychże zeszytów, czyli pierwszych wydań. Sam naprawdę nie pamiętam, kiedy dany zeszyt dokładnie się ukazał, stąd posiłkuję się internetem, a wiadomo jak to jest w tych internetach. W zależności od źródła, czasem daty pierwszych publikacji mogą się różnić, ale zazwyczaj staram się sprawdzić parę źródeł i wybrać to (te) najbardziej rzetelne. To tak słowem wyjaśnienia.

Dziś na tapecie przygody Żbika w demoludach, a przynajmniej w większości krajów które swego czasu w ich skład wchodziły. Na całą historię składa się w sumie pięć kolejnych zeszytów:

10: Zapalniczka z pozytywką (1970)
11: Spotkanie w „Kukerite” (1970)
12: Podwójny mat (1970)
13: Porwanie (1970)
14: Błękitna serpentyna (1970)

Na poniższym zdjęciu umieściłem jednak sześć albumów, po prostu ostatnią część posiadam w dwóch wydaniach. Zresztą nie bez powodu. Wszystkie albumy w których tytuł umieszczono na białym skośnym pasku to drugie wydania, z roku 1974. Pierwsze pod względem okładek niewiele się różniły, rysunki pozostały te same, jedynie tytuły były wykonane stylizowaną czcionką i umieszczone bezpośrednio na rysunku zdobiącym okładkę. Wyjątkiem jest część piąta historii: Błękitna serpentyna. Szukając po rożnych źródłach powody zmiany okładki znalazłem dwa. Pierwszy, logiczny, to forma skośnego paska, który zupełnie nie pasował na układ pierwotnej okładki i zasłaniałby bezsensownie ważne jej elementy – stąd trzeba było ją przerysować, by pasowała do takiej formy graficznej. Drugim powodem byłą cenzura, która przyczepiła się do zbyt skąpego stroju tancerki, stąd też ta zmiana. Jak dla mnie, w drugiej wersji Rosiński pokazał, że umie nadać rysowanym kobietom sporo seksapilu, nawet jak komuś to nie na rękę.

Kapitan Zbik 03

Właśnie, za rysunki we wszystkich pięciu numerach odpowiada wszem znany i lubiany Grzegorz Rosiński. Owszem, wczesny, ale już wyraźnie widać, że swój styl ma, a do tego wprost przepełniony jest talentem. Już dla rysunków bez wątpienia warto sięgnąć po te kolorowe zeszyty, a dodatkowym atutem jest scenariusz. Żeby nie było: pełny dziur fabularnych, głupot, bez pełnego zakończenia, z wieloma bezsensami i przepełniony propagandą, ale mimo to, czyta się to wyśmienicie! Historia polowania na doskonale (no powiedzmy, że doskonale) zorganizowaną grupę przemytników opowiedziana jest z werwą, dynamicznie, a Rosiński ewidentnie doskonale się czuje, pokazując wręcz filmowe prowadzenie akcji. Jeżeli macie ochotę poznać bliżej, co też w tych pięciu zeszytach się wyprawia, serdecznie zapraszam na polecany już przeze mnie blog Kapitan Żbik – kultowy komiks PRL.

Read Full Post »

Older Posts »